Wyrosła jak na drożdżach

Przejęła rodzinną firmę, gdy jej rodzice zginęli w wypadku. Apollonia Poilâne miała wtedy 18 lat

Kiedy wszedłem do biura 
na Rue du Cherche-Midi 
 w centrum Paryża, zaskoczył mnie widok 10 obrazów wiszących 
na ścianach.

– Interesujesz się malarstwem? – spytała Apollonia. – Mój dziadek 
dostał te dzieła od mało znanych 
artystów w zamian za chleb.

Ta niebieskooka piękność o delikatnym owalu twarzy sama mogłaby 
pozować malarzom.

W 1932 r. jej dziadek Pierre otworzył zakład, który wkrótce stał się 
najsłynniejszą piekarnią w Paryżu.

– Był urodzonym handlowcem – wspomina wnuczka. – Wpadł na 
pomysł, żeby piec okrągłe bochenki jeszcze w dzieciństwie, które spędził w Normandii. To był wtedy bardzo nowatorski pomysł, bo taki chleb wciąż się kojarzył z czasami wojny.

Syn Pierre’a, ojciec Apollonii,
Lionel, przejął pałeczkę po tacie 
na początku lat 70. Przede wszystkim unowocześnił dystrybucję – to dzięki niemu piekarnia sama zaczęła 
dostarczać słynne okrągłe bochenki bezpośrednio do paryskich restauracji i sklepów. Lionel stał się pierwszym piekarzem znanym z mediów. 
To o nim Salvador Dalí powiedział w 1977 r.: „Poilâne jest moim ulubionym żyjącym Francuzem”.

Dziś mija 12 lat od dnia, gdy obecnie 30-letnia Apollonia przejęła firmę. Jej nazwisko jest jedną z najsłynniejszych francuskich marek. Słynne 1,9-kilogramowe bochenki sygnowane są literą P, od słowa pain (po francusku chleb) 
i od nazwiska Poilâne. W smaku tego chleba kryje się doświadczenie zdobywane przez kolejne pokolenia piekarzy, którzy doskonale wiedzą, jak 
wypiekać ciasto na zakwasie, z mąki z tradycyjnego przemiału, w piecach opalanych drewnem. Piekarnie w Paryżu, Londynie i Bièvres pod Paryżem codziennie pieką 12 t chleba. Jedna piąta produkcji leci kurierem do Stanów Zjednoczonych, Kanady, Japonii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Szwecji. Poilâne ma trzy sklepy w Paryżu i dwa w Londynie. Zatrudnia 160 pracowników i rocznie osiąga obroty w wysokości 14 mln euro.

Apollonia wiedziała od dziecka, 
że jej powołaniem jest piekarnictwo. Gdy miała 6 lat, w rozpalonej piekarni lepiła rzeźby z chlebowego ciasta. Jej ulubioną zabawą było zanurzanie rąk w mące. Czasem pod czujnym okiem dziadka wydawała klientom resztę albo wykładała ciastka na wystawie 
– Pierre był wymagający i prosił, żeby układała je w równiutkich rządkach. A jego wnuczka wiedziała, że to nie jest czepialstwo, tylko chęć, żeby wszystko było zrobione jak należy.

Piekarze czasem narzekali na plączącego się pod nogami dzieciaka, który o wszystko wypytywał: „Ile trzeba wlać wody do 10 kg mąki?”, 
„Ile ma być mąki?”. Jednak wyrzucenie go z piekarni nie wchodziło w grę.

Kiedy matka Apollonii, Ibu, zrozumiała, ile przyjemności dają córce zabawy w piekarni, wyznaczyła pracownika, żeby ją szkolił. Trudno się dziwić dziewczynce, skoro Ibu – rzeźbiarka i architekt zarazem – kołyskę dla swojej córki zrobiła z kosza na chleb.

31 października 2002 r. rodzice Apollonii lecieli swoim helikopterem Augusta 109 do drugiego domu na wyspie Rimain w Bretanii. Lionel nieszczęśliwie wmanewrował maszynę prosto w mgłę okrywającą wybrzeże gminy Cancale. Ok. godz. 19 helikopter runął do morza. Nikt nie przeżył.

Następnego ranka Apollonia zamiast
do piekarni, poszła do biura na Rue du Cherche-Midi. Prosto do gabinetu prezesa. Miała 18 lat.

Nic nie wskazywało na to, że 
poradzi sobie z tak nagłym końcem
dzieciństwa i wejściem w dorosłość. Podczas pogrzebu, na który przybyło ponad tysiąc osób, wszyscy byli pod wrażeniem jej przemowy, pewności siebie i wiary w to, co miała do powiedzenia. Potem zaimponowała im także tym, z jakim oddaniem opiekowała się swoją młodszą siostrą Atheną, która dziś kieruje działem identyfikacji wizualnej Poilâne.

– Kiedy powiedziano mi o wypadku, od razu zrozumiałam, że moim obowiązkiem będzie zadbać o interesy 
rodziny – wspomina.

Jej pierwszą dorosłą decyzją 
był wyjazd na studia ekonomiczne 
na Harvardzie. Przez 4 lata prowadziła firmę ze swojego 12-metrowego 
pokoju w akademiku.

– Ze względu na różnicę czasu dzwoniłam do Paryża późnym wieczorem, żeby porozmawiać z piekarzami, a wczesnym rankiem następnego dnia, żeby porozmawiać z resztą pracowników – opowiada z uśmiechem. – Moja pierwsza współlokatorka ciągle poprawiała egzaminy 
i patrzyła na mnie wielkimi oczami.

W 2011 r. Apollonia otworzyła 
trzecią piekarnię w Paryżu i drugą w Londynie. Codziennie o godz. 7 rano spotyka się na śniadaniu na zapleczu piekarni przy Rue du Cherche-Midi z jej sprzedawcami. Jest ciepło i przytulnie, a ona sprawdza, jak smakują dzisiejsze wypieki, wdycha ich zapach i przysłuchuje się, 
jak pęka skórka na świeżo wyjętych z pieca bochenkach. Ten charakterystyczny chrzęst nazywa „śpiewem chleba”. 

Vote it up
392
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!