W lesie przedmiotów

Przeprowadzałam się kilka razy. To męczące, ale jednocześnie zdrowe doświadczenie, bo nagle widzi się czarno na białym, a raczej brudno na pustym, ile bezsensownych gratów nas otacza.
 

Czy naprawdę wszystko muszę zabrać ze sobą na nową drogę życia, czyli pod nowy adres? A może jednak nie?

Pudła pamiątek z wakacji, czyli śmierdzące starą rybą muszelki i zabytkowe słoiki, do tego książki, których się już nigdy nie przeczyta, ubrania, których się nie włoży. Sterty papierów, w których jest coś ważnego, co się przeterminowało, gwarancje nieistniejących telefonów i listy kogoś, kto dawno zmienił stan cywilny, nazwisko, a może i płeć.

Jakby tego było mało, są jeszcze książki takie jak: album z czarno-białymi fotografiami bocianów, podręcznik do nauki języka włoskiego, Gotowanie na parze i ulotka z praktycznymi radami, jak odnaleźć prawdziwego Boga.

To nie koniec! A co z garnkami? Tym z oderwanym uszkiem i mniejszym z nadpalonym uszkiem? I jeszcze trzy rondle: odpryśnięty, wygięty, przeklęty oraz kilka patelni.

O! A tutaj milion kubeczków – każdy inny! Jeden z żyrafami, drugi z aniołkami, a reszta z gołymi babami. I jakieś koszyczki wielkanocne, żarówki wigilijne, kubełki do szampana, termofor na grypę, termometr na gorączkę, trąbka, pompka i zegarek, watka szmatka i lewarek…

Boże! Wszystko potrzebne… Wszystko kiedyś może się przydać…

A może jednak nie?

Po co mi to! Chcę żyć jak japońscy mnisi – pusta przestrzeń, mata na podłodze i za oknem gałązka kwitnącej wiśni. Ja w jedwabnym szlafroku, a wszystko, co mam, mogę schować do szerokich rękawów, które są tak zaszyte, że tworzą całkiem sporą kieszeń.

Nie, nie uda się.

Zaraz dostanę od kogoś zegar z kukułką, teczkę z PIT-ami, potem w spadku ciupagę po dziadku i jego medale. A do tego kupię sobie nowy telewizor, ale nie wyrzucę starego, tylko zaniosę go do sypialni, że nie wspomnę o kosmetykach i środkach czystości, które kupuję codziennie w złudnej nadziei, że od tego produktu już dziś stanę się piękna i młoda, a od tej myjki i zielonego koncentratu mój dom, samochód i ogród będą wyglądały jak nowe.

Wszystko odwrotnie, im więcej rzeczy, tym trudniej. W lesie przedmiotów gubi się sens i radość z posiadania. Nowe zabawki przez chwile cieszą, ale potem duszą tak jak te stare.

W końcu wypychają nas z domu, albo każą się obsługiwać przez codzienne czyszczenie, ustawianie na miejsce i naprawianie – żyjemy już tylko po to, żeby zachować je w czystości i porządku.

A czasami nawet zwyciężają i zamieniają dom w zakurzone mauzoleum, gdzie rządzą mumie suchych kwiatów, a roztocza ze starych dywaników i kanap panoszą się wszędzie.

Do tego gabloty z nieużywaną porcelaną, nieużywany sprzęt odchudzający, nieprzeczytane książki i nienoszone ubrania, którymi rozkoszują się tylko mole… Straszne, co?

Tak, ale miłe złego początki.

Kiedy w supermarketach widzę opętanych zakupami ludzi, zazdroszczę im tego, że wierzą w cud posiadania. Naprawdę myślą, że jeszcze jeden rododendron i nowy ekspres do kawy poprawią im jakość życia. Kupują na raty i za gotówkę, szczęśliwi przynoszą do domu, rozpakowują i wzdychają pełni nadziei, że teraz wszystko się ułoży, będzie pięknie i radośnie.

Vote it up
536
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!