Uratowana sarenka wróciła do nas

Trzy lata temu wypuściliśmy Aguti na wolność. Teraz przyszła z córką?
 

Z pokoju obok rozległo się niegłośne wołanie mojego męża Feliksa:
– Chodźcie zobaczyć!
Tajemniczo, jakby stało się coś niezwykłego, wskazał na okno. Spojrzałyśmy z córką.
W badylastej trawie buszowały niespiesznie dwie płowe sarny. Serce mi zadrżało – może to Aguti?
Nie zapomnę dnia, w którym ta sarenka została członkiem naszej rodziny. 13 czerwca 2007 roku przy szosie mąż znalazł martwą sarnę potrąconą przez samochód, a nieopodal prawie umierające jej dziecko. Może niektórzy Czytelnicy Reader’s Digest pamiętają tę sarenkę i historię o tym, jak przyjęliśmy obowiązki rodziny zastępczej.
Decyzję przygarnięcia leśnej sieroty podjął mój mąż. Nazwał ją Aguti, bo była taka zgarbiona, szczudlasta. Wychował ją troskliwie i wykarmił, zdobywając mleko od krowy i rozcieńczając je według szczegółowych wskazówek naszego syna leśnika.

Przeżyło sarniątko piękne lato w naszym przepastnym ogrodzie tuż na skraju Lasów Tucholskich. Uwielbiało zjadać gałązki róż, nauczyło się spać na fotelu w budynku gospodarczym, zapoznało się z naszym psem Zuzią.
Mąż wychodził z nią do lasu. Z czasem zostawała tam sama coraz dłużej, ale regularnie zjawiała się na mleko z butelki. Pod koniec lata bywało, że nie wracała z lasu na noc.
Zimę spędziła w lesie, to był jej wybór. Pod oknem pojawiła się dopiero w marcu. Staliśmy – ona, my – i przyglądaliśmy się sobie. My mówiliśmy, a ona słuchała, strzygąc uszami. Kiedy po jakimś czasie ruszyła do lasu, mąż odprowadził ją, jak zwykł to zawsze czynić. Od tego czasu widywaliśmy tylko z daleka jakieś sarny.
Aż tu nagle w październikowe przedpołudnie mąż zawołał nas
do okna. Sarenki były dwie. Jedna większa, szczupła i druga – mniejsza, okrąglutka. Wdzięcznie wyglądały na tle rudoszarych traw polnych i prawie zlewały się z nimi kolorem.
Zaczęłyśmy z córką robić zdjęcia. Nabrałam pewności, że to Aguti, bo nie przestraszyła się, tylko przyglądała się nam z zainteresowaniem czarnymi, błyszczącymi oczami. Jej dziecko miało więcej obaw. Mąż stał bez słowa przy oknie.

Tymczasem krągłe sarniątko, już zniecierpliwione, rozpoczęło rejteradę w kierunku lasu. Za nim powoli podążyła sarna. Ale nie odbiegły daleko, ulokowały się na skraju leśnego zacisza pod gałęziami, skąd dobrze widać naszą zagrodę i nas, gdy się krzątamy w ogrodzie. Tam lubiła spać nasza Aguti!
Kiedy oglądaliśmy zdjęcia saren w komputerze, mąż powtarzał:
– To Aguti, ona nie jest taka duża. Zawsze była mniejsza od innych saren. To na pewno ona. To ona, ma już przeszło 3 lata. A to jej małe jakie spasione.
Wierzę mu, bo któż lepiej niż on rozpoznałby sarenkę, o której mówiliśmy, że to jego dziecko.
I tak skończyła się krótka, ale wzruszająca wizyta jakby kogoś z rodziny.
– Patrzcie, jakie mam dziecko. Trochę się was boi, ale to normalne
– zdawało się mówić spojrzenie wielkich i ciemnych oczu szczupłej sarny. – Rozumiecie nas, przecież zależało wam, żebym była szczęśliwa, prawda? I jestem. Mam śliczne dziecko, prawda?
Tak, masz śliczne dziecko. Jesteśmy z ciebie bardzo dumni. Jesteś bardzo dzielna, Aguti! Dziękujemy za odwiedziny!
Jeżeli nawet nie była to nasza sarenka Aguti, jeżeli znajdą się tacy, którzy będą się śmiać i powątpiewać we wszystkie znaki i zapewnienia, nie szkodzi. Najważniejsze, że spełniły się nasze sny o wolnej sarence.
A ona gdzieś tam jest – wolna naprawdę.

Vote it up
551
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!