Piesek Coffie – terier, który ocalił naszą rodzinę

Nie tylko mądre psy ratują ludziom życie – Coffee to najlepszy przykład

Coffee to mały terier australijski. Nie jest ani specjalnie inteligentny, ani zbyt posłuszny. Nie jest nawet szczególnie wierny. Kiedy go wołam, przychodzi albo nie – wedle swego "widzimisię". Dla pewności muszę go skusić jakimś smakołykiem. Nie wykonuje poleceń. Może udaje, że nie wie, o co chodzi. Nie robi na nim wrażenia mój smutek albo że coś mi dolega, więc nie ma co liczyć, że uratuje mnie z opresji jak inne mądre psy, o których piszą w gazetach.

Muszę przyznać, że zachowanie Coffee’ego to efekt złego wychowania. Jest rozpuszczony jak dziadowski bicz, a głównym winowajcą jest mój ojciec.

O ile mnie i siostrę potrafi świetnie zdyscyplinować lekką zmianą tonu, to nie słyszałam nigdy, żeby odezwał się srożej do psa, nawet jeśli ten bardzo nabroi. Mało tego – jedno spojrzenie Coffee’ego na puszkę z herbatnikami, a tata już gotów jest się poderwać i zaspokoić apetyt swojego pupila. Gdy narzekamy na niesprawiedliwość, tata tylko uśmiecha się zażenowany. Rodzina żartowała, że Coffee zastępuje mu syna, którego nie ma.

Pięć lat temu całe nasze życie wywróciło się nagle do góry nogami – tata w ciągu miesiąca przeszedł dwa udary mózgu. Stało się to podczas jego służbowego pobytu w Hongkongu. Na szczęście mama i siostra były razem z nim. Ja z racji studiów zostałam w Melbourne, ale na wieść o chorobie zostawiłam Coffee’ego u krewnych i pierwszym samolotem poleciałam do Hongkongu.

Niestety, lekarze powiedzieli nam, że tata prawdopodobnie już nie wyzdrowieje. Przez 4 długie miesiące jego życie wisiało na włosku. Tata, wciąż nieprzytomny, leżał na oddziale intensywnej terapii. Psychicznie nie reagował na żadne bodźce, choć mógł się ruszać – rzucał się na łóżku i nieustannie próbował wyrwać sobie przewody od kroplówek. Robił to średnio 5 razy na pół godziny. Wykazywał przy tym sporą siłę i szybkość, siedziałyśmy więc na zmianę przy łóżku, żeby go pilnować. Po każdym takim dyżurze padałyśmy ze zmęczenia, ale byłyśmy wdzięczne losowi, że mimo obaw lekarzy tata nadal żyje.

Czas mijał, a ja zaczęłam strasznie tęsknić za psem. Nie mogłam się powstrzymać, żeby co chwilę o nim nie mówić. Wspominałam jego głupawe wyczyny. Dla mamy i siostry to były chwile wytchnienia. Zaśmiewałyśmy się, choć musiało to irytować innych odwiedzających. Prawdę mówiąc, dzięki tym historyjkom udało się nam nie załamać przez te ciężkie miesiące. Pielęgniarki powtarzały często, że nie widziały jeszcze tak pogodnej rodziny w tak krytycznej sytuacji.

Po pewnym czasie nauczyłyśmy się pomagać pielęgniarkom podczas codziennych zabiegów przy tacie. Jednym ze sposobów sprawdzania, czy nastąpiła poprawa, było zadawanie mu serii prostych pytań, na które można odpowiedzieć „tak” lub „nie”.
Codziennie pytałyśmy więc: „Czy masz na imię Francis?”, „Czy jesteś mężczyzną?”, „Czy wiesz, gdzie jesteś?”. Ale nigdy nie doczekałyśmy się odpowiedzi, na jakie liczyłyśmy.

Przelatując pewnego dnia przez stałą listę pytań, zaczęłam myśleć o Coffee’em. Bezwiednie wypaliłam:

– Czy Coffee to tygrys?

Mama nie uznała, że to zabawne. Już miała mnie zbesztać, ale nagle zamarła, bo na twarzy taty coś drgnęło. Kąciki jego ust powoli zaczęły się unosić.

Mimo plastra, którym przyklejono mu do ust rurkę od tlenu, nie było wątpliwości – tata się uśmiechał. Pierwszy raz od 4 miesięcy dał znak, że zrozumiał, co powiedziałyśmy.

Stan taty wkrótce ustabilizował się i przeniesiono go na zwykły oddział. Ale czekała go jeszcze długa i trudna droga, 9 miesięcy poddawany był intensywnej fizjoterapii. Od nowa uczył się podstawowych czynności, które my wykonujemy bezwiednie. Trudność sprawiało mu nawet siedzenie dłużej niż 5 minut. Do czasu udaru był bardzo niezależnym i czynnym zawodowo człowiekiem. Tym bardziej czuł się sfrustrowany i upokorzony sytuacją, w której się znalazł. Tylko rozmowy o Coffee’em sprawiały, że na jego twarzy pojawiał się uśmiech.

Nasz psiak nie wiedzieć jak wkręcił się w większość naszych rozmów. W Melbourne mieliśmy duży ogród. Przypominałam tacie zabawny zwyczaj Coffee’ego, który po rzuconą piłkę biegał tylko po wyłożonym płytkami obrzeżu i dopiero, kiedy nie miał już innego wyjścia, wskakiwał na trawę i na paluszkach dochodził do piłki, po czym od razu wracał na chodnik.

Musiałyśmy stale masować tacie nogi i ramiona, żeby nie dopuścić do zaniku mięśni. Mama mawiała często, że tata jest największym szczęściarzem na świecie, bo ma do dyspozycji aż trzy masażystki.

– Teraz trzeba ci tylko Coffee’ego – wtrącałam wówczas – żeby swoim jęzorem zrobił ci masaż stóp. Nieważne ile razy to powtarzałam – zawsze wybuchałyśmy śmiechem.

Po roku rehabilitacji tata mógł wrócić do Australii. Tego powrotu do domu nie zapomnę nigdy. Oczywiście Coffee czekał na tatę, tylko nie miał pojęcia, że jego pan nie trzyma się na nogach tak pewnie jak dawniej, więc skoczył na niego i omal nie przewrócił go na ziemię. Tata nie miał mu za złe. W jego oczach pojawiły się łzy wzruszenia, a na twarzy najpiękniejszy uśmiech, jaki w życiu widziałam.
Kiedy teraz patrzę wstecz, wciąż nie mogę się nadziwić, że podczas najcięższej próby, przez którą przeszła moja rodzina, udało się nam nie oszaleć tylko dzięki zabawnym opowieściom o niezbyt mądrym psie. Ale to prawda.

Nie tylko mądre psy ratują ludziom życie – Coffee to najlepszy przykład.

Vote it up
638
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!