Sting

Ten znany brytyjski muzyk zajmował się już wieloma gatunkami muzycznymi. Jego ostatni wybór to orkiestra symfoniczna

 

Ktoś powiedział kiedyś: „Jeśli nie wiesz, kto to Sting, najwyraźniej nie było cię na Ziemi przez ostatnie 40 lat”. W październiku Sting, a właściwie Gordon Matthew Thomas Sumner, będzie obchodził 60. urodziny. W jednym ze swoich przebojów śpiewał o tym, że jest Anglikiem w Nowym Jorku – i nadal tam mieszka z żoną Trudie Styler i najmłodszym z szóstki dzieci. W ciągu prawie 40-letniej kariery Sting próbował niemal wszystkich gatunków muzycznych. Na płycie Symphonicities jego piosenki są zagrane przez orkiestrę symfoniczną, co nie zaskakuje wiernych fanów muzyka. Podczas światowej trasy koncertowej promującej płytę Sting udzielił wywiadu do programu Pozner nadawanego w Programie 1 rosyjskiej telewizji.

V.P.: Nagrał Pan płytę z orkiestrą symfoniczną między innymi dlatego, że nigdy wcześniej Pan tego nie robił. Chciał Pan po prostu spróbować czegoś nowego?

Sting: Twórcy piosenek nieczęsto mają okazję występować z orkiestrą, więc naprawdę bardzo się cieszę, że mnie się to udało. Mogłem w ten sposób zobaczyć, jak moje piosenki dojrzewają.

V.P.: Czy komponując, myśli Pan o komercyjnym aspekcie muzyki? Na przykład Symphonicities, płyta oparta na muzyce klasycznej, z założenia nie jest płytą dla każdego.

Sting: Dawniej wszystko robiłem z myślą o komercyjnym sukcesie. Później zrozumiałem, że samo tworzenie muzyki jest dla mnie nagrodą i przynosi największą satysfakcję. Dziś nie myślę już o aspekcie finansowym. Oczywiście, lubię kiedy płacą mi za moją pracę, ale to muzyką przepełniona jest moja dusza, z każdym dniem coraz bardziej.

V.P.: Jakiej muzyki słucha Pan na co dzień? Czy Sting słucha Stinga?
Sting: Nie. Słucham muzyki tylko po to, żeby się nauczyć z niej czegoś nowego. Nie słucham jej wyłącznie dla przyjemności, leżąc na kanapie. Włączam płytę i myślę: Tutaj zagrał w tonacji molowej, a tu jest bemol. To moja praca.

V.P.: Czy trudno było Panu stać się tym, kim Pan dziś jest?

Sting: Zawsze chciałem być muzykiem, chociaż nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Skończyłem szkołę i zostałem nauczycielem. Wiele razy zmieniałem pracę. W końcu postanowiłem wyjechać do Londynu i przez kilka lat czekałem na okazję, żeby pokazać, co potrafię. Nigdy jednak nie żałowałem tamtych czasów. Gdybym od razu osiągnął sukces, nie umiałbym docenić tego, co mam dziś.

V.P.: Kto miał na Pana największy wpływ?

Sting: Moja matka. Była pianistką. Moje najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa to jak siedzę przy niej na podłodze i patrzę na ruszające się pedały pianina.

V.P.: Chodził Pan do katolickiej szkoły?

Sting: Tak. Byłem dobrym uczniem, ale niezbyt dobrze oceniam tamtejsze metody edukacyjne.

V.P.: W tamtych czasach często stosowano wobec uczniów kary cielesne. Czy zdarzyło się Panu zostać wychłostanym?

Sting: Był rok, kiedy dostałem 42 baty rózgą. Za jedno przewinienie można było dostać maksymalnie 6 razów. Pierwsze 3 dało się wytrzymać, 4. naprawdę bolał, przy 5. miało się ochotę zabić wymierzającego karę, a 6. burzył resztki szacunku dla szkolnych władz.

V.P.: W szkole osiągał Pan imponujące wyniki w różnych dyscyplinach sportu.

Sting: Biegałem na 100 i 200 metrów, byłem też niezły w trójskoku. Zawsze byłem najlepszy, więc kiedy na mistrzostwach Anglii zająłem drugie, a nie pierwsze miejsce, postanowiłem zostać muzykiem.

V.P.: Lubi Pan być najlepszy, prawda?

Sting: Tak, lubię rywalizację, chociaż w muzyce nie jest tak łatwo stwierdzić, kto ,,wygrywa”.

V.P.: Czy spotkał Pan kiedyś kogoś, kto nie wiedział, kim Pan jest?

Sting: Uczestniczę w różnych pielgrzymkach po Indiach i tam niektórzy nie mają pojęcia, kim jestem. Po prostu pielgrzymujemy razem i śpimy razem na ziemi. Bardzo mnie to uspokaja.

V.P.: Od 1988 roku wspiera Pan organizację Amnesty International, a część Pana piosenek to wyraźne aluzje to wydarzeń politycznych.

Sting: Na bieżąco śledzę to, co dzieje się na świecie. Nie jestem komentatorem prasowym, ale jeśli udaje mi się znaleźć metaforę wyrażającą jakąś polityczną ideę, używam jej w piosenkach.

V.P.: Pomaga Pan ratować amazońskie lasy. Co dokładnie Pan robi?

Sting: Rdzenni mieszkańcy Amazonii nie mogą liczyć na pomoc
ze strony władz. Wielkie korporacje dają im po 300 dolarów i wycinają całe tamtejsze lasy. Dajemy więc tym ludziom struktury prawne, które ich chronią. Zajmują się tym specjaliści, ja zbieram pieniądze. Razem jesteśmy odpowiedzialni za to, w jaki sposób są one wydawane.

V.P.: Ma Pan gospodarstwo w Toskanii, gdzie uprawia Pan warzywa i nawet sprzedaje je w sklepie. Zajmuje się Pan tym osobiście?
Sting: Zawsze chciałem mieć sklep spożywczy. Sprzedajemy warzywa, których nie dalibyśmy rady zjeść sami. Produkujemy też wino i oliwę z oliwek – to bardzo przyjemne zajęcie. Żałuję, że nie mam czasu obsługiwać klientów osobiście.

V.P.: Jak wyobraża Pan sobie swoją muzyczną przyszłość?

Sting: Nie mam pojęcia, jak będzie ona wyglądać. I muszę przyznać, że dobrze mi z tym.

V.P.: Jakie wspomnienia chciałby Pan po sobie pozostawić?

Sting: Najważniejsze jest dla mnie to, jak zapamiętają mnie moje dzieci. Wydaje mi się, że dobrze je wychowałem. Są zdrowe i szczęśliwe. Chciałbym, żeby ich dzieci również takie były.
 

Vote it up
224
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!