Spawacz zakłada muzeum broni

Wierny dziecięcej fascynacji Stanisław Gabryś stworzył własne muzeum
 

Dopiero po latach zdał sobie sprawę, na jak wielkie niebezpieczeństwo naraził siebie i  kolegów. Wprawdzie pistolet był stary, ale mógł wystrzelić.
– Ze starą bronią nie ma żartów, a zabawa w wojnę to nie jest najlepszy pomysł. Kiedyś uświadomił mi to ojciec, który przeżył okupację.
Podobne wybryki wybił z głowy, ale fascynacja starą bronią została. Po latach sam przeszukiwałem poniemieckie bunkry, których w pobliskich  lasach nie brakuje, i potrafiłem jechać na drugi koniec kraju, by kupić na targu staroci wymarzony mundur czy inny żołnierski ekwipunek – dodaje Stanisław Gabryś.

Spotykamy się w jego domu w Witoszowie pod Świdnicą. Tutaj powstała filia muzeum, w której można zobaczyć to, co w podziemiach twierdzy się nie zmieściło: samoloty, czołgi, stacje nadawcze. Stoją w dużym, ogrodzonym ogrodzie obok domu, tuż przy ulicy.
Placówkę w twierdzy otworzył dziewięć lat temu. Zwiedzających wciąż nie brakuje. Pieniądze z biletów wstępu pozwalają pokryć wydatki związane z funkcjonowaniem muzeum i jeszcze zostaje – jak mówi Stanisław Gabryś w nagrodę za jego ciężką pracę.
– To mi wystarcza, bo nie o pieniądze mi chodziło, choć te są oczywiście ważne – tłumaczy. – Dlatego cieszę się, że udaje się je zarobić.
To ważne, bo jego muzeum nie otrzymuje państwowych dotacji, nie ma sponsorów. Bardzo wiele zawdzięcza jednak Ministerstwu Obrony Narodowej, które przekazuje dużą liczbę eksponatów.

Stanisław Gabryś śmieje się, że chyba zaimponował panom w ministerstwie,  że on, z zawodu spawacz, o broni i amunicji może rozmawiać z nimi godzinami, a wiedzę ma imponującą. Jest samoukiem. Przeczytał dziesiątki książek na ten temat. Jego militarne skarby – jak mówi o swoich zbiorach – to dziś unikatowa kolekcja w skali całego kraju.
Kiedy rozmawiamy, oczy mu błyszczą. Widać, że to coś więcej niż firma – to pasja. Pokazuje swoje najnowsze zdobycze, cieszy się jak dziecko. Podchodzi do przepięknej drewnianej armaty.
– To kopia tej, którą na przełomie XVIII i XIX wieku używano w kampanii napoleońskiej – mówi z dumą.
Budował ją dwa lata. Skopiował z najmniejszymi szczegółami. Nawet drewniane elementy budowane są ze specjalnego drewna – dębu, który ma 80 centymetrów średnicy. Takiego drewna używali bowiem Francuzi przy budowaniu swoich armat.  Swojej pasji poświęca każdą wolną chwilę, co jak przyznaje, nie bardzo podobało się jego rodzinie.
– Żona zawsze mówi, że owszem, ona jest miłością mojego życia, ale tą drugą – śmieje się Stanisław Gabryś. – W dodatku przegrywa z wybuchową rywalką: bronią.

Jerzy Gaszyński, prowadzący portal o Świdnicy, miłośnik historii tego miasta, mówi, że Stanisław Gabryś jest człowiekiem instytucją.
– To wyjątkowa osoba, pasjonat, jakich dziś już niewielu – stwierdza. – Prowadzi swoje muzeum z zapałem i poświęceniem. Pewnie dlatego tak wielu ludzi chętnie mu pomaga.
Pan Stanisław słysząc te wszystkie komplementy pod swoim adresem, uśmiecha się lekko zawstydzony, ale zaraz zmienia temat i opowiada o wymarzonych dla muzeum eksponatach.
– Jest taki czołg, ale żeby go mieć, ktoś musiałby go ściągnąć z pomnika, a to wydaje się nierealne – uśmiecha się.
Lista eksponatów, po zdobyciu których i postawieniu w muzeum czułby się spełniony, jest bardzo długa.
– To jakieś 150 pozycji – mówi. – Ale to chyba dobrze, bo podobno ludzie z pasją i niespełnionymi marzeniami żyją dłużej… To dobrze mi wróży. Może będę rekordzistą, jeśli chodzi o długowieczność.

Vote it up
1502
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!