Spacer w Boże Narodzenie

Tradycja rodzinnego święta
 

– Babciu, dzisiaj też wyjdziemy, prawda?
Prośbę mojego najstarszego wnuka wspierają pozostałe wnuczęta.
– Oczywiście – zapewniam.

Przy stole jest nas trzynaścioro, dorosłych i dzieci: ja z mężem, nasze córki, zięciowie i siedmioro wnucząt. Najstarsze ma 12 lat, najmłodsze skończyło 3. Przyjazd dzieci i wnucząt na święta to w domu istny huragan – wszędzie torby prezentów, w kuchni potrawy przywiezione na świąteczną kolację, dzieci szukają zabawek, a nasze córki oglądają choinkę, wspominając, jak same ją kiedyś dekorowały własnoręcznie przygotowanymi ozdobami i tymi, które od nas dostały.

Boże Narodzenie – rodzinne święto. Jesteśmy razem, świat pozostał na zewnątrz, a my rozmarzeni, wpatrzeni w ogień na kominku i płomyki świec, słuchamy ulubionych kolęd. Rozmawiamy, często sobie nawzajem przerywając, śmiejemy się z opowiadanych historyjek, staramy się rozbawić dzieci lub przywołać je do porządku. Popijamy wino. Wreszcie nadchodzi pora świątecznej kolacji – tradycyjnej, co roku takiej samej. Zanim zaczniemy jeść, mąż czyta z Biblii opowieść o Bożym Narodzeniu.

Ta kolacja zaczyna się u nas o 17. Troje wnucząt to maluchy, które wcześnie idą spać. Dbam o tradycję – to chyba cecha wszystkich babć. Pielęgnuję nasze zwyczaje. Kilka lat temu przybył nowy: wieczorny spacer. Wyruszamy po kolacji, około 19.30. To wyjątkowe doświadczenie. Cofamy się do czasów, gdy dużą część grudniowych dni spowijała głęboka tajemnicza ciemność.

Pobieżnie uprzątamy stół. Gdy trójka najmłodszych wnuków umyta leży już w łóżkach, ruszamy. Rzut kostką decyduje, kto z dorosłych zostanie dyżurować w domu. Reszta z lampionami w dłoniach, zamieniwszy szpilki na zimowe buty, kieruje kroki poza granice naszego osiedla. Mijamy okna, za którymi widać ludzi przy stołach, świąteczne dekoracje w ogrodach. I nagle wkraczamy w ciemność. Mieszkamy na wschodzie Holandii, w pobliżu granicy. Z lewej strony widać wzgórza i las – skraj Reichswaldu w Niemczech. Po przeciwnej stronie jest kanał Maas-Waal z groblami i łąkami. Panuje absolutna cisza. Ja z mężem pokazuję na rozgwieżdżone niebo: Orion, Wielki Wóz, Droga Mleczna.
Dziś dzieci wiedzą więcej niż my w ich wieku. Świetnie sobie radzą cyfrowymi gadżetami, chłoną i przetwarzają wiedzę. Ale przyklejone do komputerowych ekranów i gier mają nikłe pojęcie o świecie nad ich głowami. Znają opowieść o gwieździe betlejemskiej, ale nie są pewne, o co naprawdę chodzi. Czy ta gwiazda nadal istnieje?

Gwiazdy, tłumaczę, wiodą żywot w zupełnie innym wszechświecie. Mogą być od nas oddalone o miliony lat świetlnych. Ale nikt nie wie, czy gwiazda betlejemska, „znak na niebie” swoim blaskiem potwierdzający narodziny Chrystusa, naprawdę istniała. Duchowni-astrologowie w Babilonii oraz astrologowie chińscy prowadzili obserwacje i opis wszystkich zmian na niebie przed nastaniem ery chrześcijaństwa i potem. Ale w ich opisach nie ma „gwiazdy betlejemskiej”.

Kiedy tak roztrząsamy historię Bożego Narodzenia i jej „białe plamy”, słyszymy, jak niespokojne fale uderzają o brzegi szerokiego kanału. Na zwykle ruchliwym międzynarodowym szlaku wodnym prowadzącym do portu w Rotterdamie nie ma dzisiaj ani jednego statku.

Zapuszczamy się w las po drugiej stronie. Pośród drzew ciemność i cisza są jeszcze głębsze i bardziej tajemnicze. Przy słabym świetle lampionów musimy uważać, by się nie potknąć o korzenie. Słyszymy krzyk sowy, widzimy biegnącego jelenia. Zastanawiamy się, co tak hałasuje w leśnym poszyciu: lis czy borsuk? Czujemy się, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi na świecie.

Po 1,5 godzinie wracamy. Znów wchodzimy między zabudowania osiedla, w naszą ulicę, patrzymy na nasz oświetlony dom, symbol bezpieczeństwa i ciepła. Jesteśmy z powrotem. Przejęte dzieci są dziwnie ciche. Przeżyły ten wieczór tak jak przez setki lat pokolenia przed nimi przeżywały każdą grudniową noc. Fascynujące doświadczenie z budzącym lęk urokiem nieznanego. Z zaróżowionymi od mrozu policzkami z ochotą piją gorącą czekoladę.

Vote it up
1160
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!