Radość skakania

Simon Ammann, zdobywca 4 złotych medali olimpijskich, wielki rywal i przyjaciel Adama Małysza, opowiada o zawodach, małżeństwie i wyzwaniach, które go motywują
 

Nie tylko ze względu na okulary nazwano Simona Ammanna „Harrym Potterem skoków narciarskich”, gdy na olimpiadzie w 2002 roku w Salt Lake City wygrał obie konkurencje indywidualne. Nie zdobył wcześniej żadnych tytułów w Pucharze Świata, więc jego sukces miał w sobie coś z magii. Jednak wypadek tuż po igrzyskach w Salt Lake City i rozczarowujące wyniki na olimpiadzie w Turynie przyćmiły nieco blask jego złotych medali.
– Potem było lepiej, zdobyłem tytuły na Mistrzostwach Świata w 2007 roku, ale moja kariera stała pod znakiem zapytania – mówi ten 29-latek w wywiadzie udzielonym Reader’s Digest między treningami na skoczni w Einsiedeln. – Dopiero zdobycie 2 złotych medali olimpijskich w Vancouverze w lutym 2010 roku jakoś to wyrównało. 
Wygląda to może na szwajcarską skromność, ale słowa te zdradzają też niepohamowaną ambicję. W końcu ten zawodnik z Toggenburga – 173 cm wzrostu, ledwie 58 kg wagi – nie tylko pokonał Matti Nykänena i Jensa Weissfloga, stając się skoczkiem, który zdobył najwięcej złotych medali olimpijskich (po zeszłej zimie ma ich już cztery), ale wygrał też po raz pierwszy Mistrzostwa Świata w Lotach Narciarskich oraz zdobył Puchar Świata. 
– Brakuje mi tylko zwycięstwa w Turnieju Czterech Skoczni. To mój cel na ten sezon – mówi wprost. 
W gruncie rzeczy cieszy się, że zostało mu to wyzwanie, bo motywuje go do pracy. Po olimpiadzie trudno mu było zaakceptować, że tak ważna dla niego impreza minęła tak szybko.
Simon Ammann przypisuje swoje sukcesy doświadczeniu – potrafi poradzić sobie zarówno z napięciem związanym z oczekiwaniem na ważną imprezę, jak i z euforią po triumfie. Sądzi, że kluczową rolę w jego karierze odegrała praca z trenerem Bernhardem Schödlerem, który zajął się szwajcarską reprezentacją w 2000 roku i rozpoczął szlifowanie tego sportowego diamentu. 
– Berni, mój kolega z drużyny Andreas Küttel i ja motywowaliśmy się wzajemnie, próbowaliśmy różnych rzeczy. Pojechaliśmy latem do Salt Lake City szykować się do olimpiady. Trafiliśmy na świetną pogodę, mogliśmy naprawdę poznać tamtejsze warunki – mówi Ammann.
Dało im to przewagę na zawodach. 
Ammann jest w doskonałych stosunkach z rywalami, czy to z Austriakiem Gregorem Schlierenzauerem, czy z Adamem Małyszem.
– Od lat ze sobą konkurujemy – mówi o polskim skoczku. – To świetny sportowiec, ma niesamowite wybicie. Podziwiam Adama i za to, że tak długo ma pasję skakania na takim poziomie. Przez te lata naprawdę się zaprzyjaźniliśmy. Kilka razy graliśmy razem w Polsce w piłkę nożną i to była fantastyczna zabawa. W 2007 roku dostałem od Polskiego Komitetu Olimpijskiego nagrodę za sportową postawę. To dlatego, że ja i Thomas Morgenstern uhonorowaliśmy zasłużone zwycięstwo Małysza, kiedy zdobył mistrzostwo świata. Nieśliśmy go na ramionach. To był wielki moment i pokazuje najlepiej, co myślę o Adamie. 
Jakie znaczenie mają warunki przed zawodami?
– W okresie skrajnego napięcia ważne jest dobre samopoczucie – tłumaczy Ammann. – Standard zakwaterowania i posiłków też może podbudować. Im mniej problemów, tym łatwiej się skupić na skokach. 
To zadziałało w Vancouverze w 2002 roku. Był w dobrej formie, odprężony, mógł cieszyć się zawodami.
– Gdy potwierdzono, że zdobyłem moje pierwsze olimpijskie złoto – wspomina – zatrzymałem się na dojeździe i ukryłem twarz w dłoniach, by choć na chwilę zostać sam ze sobą. Chciałbym doświadczyć jeszcze kiedyś tego młodzieńczego entuzjazmu, który kazał mi wtedy powiedzieć „totalny odlot”, ale dziś jestem na to zbyt ostrożny. Wiem, że publiczności oglądającej skoki trudno sobie wyobrazić, jak to jest lecieć przez ułamek sekundy. Staram się coś z tych doznań przekazać. 

Vote it up
1053
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!