Pozytywnie zakręcony

Krzysztof Szaykowski pomaga młodym odnaleźć pasję
 

Tory wyścigowe w Słomczynie pod Warszawą. Publiczność na trybunach niecierpliwie wpatruje się w szayowozy ustawione na miejscach startowych. W jednym z nich w kombinezonie, w kasku, za ochronną siatką siedzi 15-letni Przemek z Wilgi. Dziś debiutuje.

Uważnie patrzy na sędziego. Ten daje znak zieloną chorągiewką. Jeszcze 5 sekund i zapala się czerwona lampka. Przemek rusza.

Pisk opon. Ryk silników. Pędzi 120 na godzinę. Tuż za nim dwa inne wózki. Dopadną go? Jeden z nich przy prawym skręcie wyraźnie znosi. Chyba ma kłopoty z zawieszeniem. Jedno okrążenie, drugie… Kibice wstają.
Jeszcze kilkaset metrów. Jest! Meta! Udało się!

– Kto raz zasmakował ścigania się i tej atmosfery, do końca życia zostanie miłośnikiem motoryzacji – uśmiecha się Krzysztof Szaya-Szaykowski.

Wie o tym najlepiej, bo jak wynika z anegdoty, której jest bohaterem, zaczął działać w sporcie samochodowym tuż przed wynalezieniem samochodu.

Jest legendą polskiego sportu motorowego, guru ludzi młodych, dla których sport samochodowy to hobby i pasja na całe życie.
– Kiedy się urodziłem, położna ze zdziwieniem stwierdziła u mnie zawartość benzyny we krwi – śmieje się potężny, wysoki 60-latek z siwą brodą. – Mam to po ojcu.

Janusz Szaykowski ścigał się jeszcze przed wojną. Jego syn zaczął w 17. roku życia od żużlu na Skrze. W latach 70. utrzymywał się w czołówce krajowej, przez 10 lat startował w rajdach jako kierowca i jako pilot.

– Silniki do moich rajdówek składałem w kuchni, sam robiłem też przeróbki i naprawy. Mama ręce załamy- wała, bo cały serwis odbywał się w kuchni – wspomina.

15 lat temu, Targi Poznańskie –  Szaya ogląda pojazd o nazwie Dzik skonstruowany przez inżyniera Jerzego Kwiatkowskiego z Katowic, a przeznaczony do jazdy po polach, lasach, do rekreacji. Gdyby trochę go poprawić, zbudować jego wyczynową wersję, byłby świetny do zabawy dla chłopaków – pomyślał. I tak się stało.

Nazwał go szayowóz i napisał regulamin wyścigów, który zatwierdziły najwyższe władze sportowe.
Dziś w stajni słomczyńskiej stoi ponad 10 takich pojazdów, które startują w szayocrossie, inne przywożą na przyczepach sami zawodnicy.
– Najważniejsze, że może zrobić go każdy, kto ma zapał i trochę pieniędzy – podkreśla pomysłodawca.

Do zbudowania ruraka czy bolida – jak również nazywają szayowóz – potrzebny jest stary „maluch” przeznaczony na złom (ok. 300 zł) i rama (1800 zł), którą zamawia się u producenta w Radomsku. Do tego różne dodatkowe akcesoria, takie jak np. układ hamulcowy.

Składanie pojazdu jest proste. Każda część z fiata 126 p pasuje do ramy, do której się ją montuje. Koszt samochodu wyczynowego wynosi około 4 tysięcy. Dla porównania – seicento w wersji sportowej kosztowałoby około 20 tysięcy złotych.

6 lat temu Paweł Trzepiota, wówczas nastolatek ze Szczytna, z wypiekami na twarzy czytał w gazecie o Szai i szayowozach.

– Na początku nawet nie marzyłem, że będę się ścigał – wyznaje dziś już student Politechniki Warszawskiej. – Wydawało mi się, że samodzielne zbudowanie samochodu to wielkie wyzwanie!

Starego „malucha”, który od lat stał w garażu, podarował mu wujek. Ramę za radą Szai zamówił u producenta. I zaczęła się budowa szayowozu z konsultacjami przez internet. Pisał do Szai, a on odpisywał, gdzie i jak wkręcić odpowiednią śrubkę.

– Taki pojazd można budować latami – twierdzi Paweł – wciąż trzeba go udoskonalać. 

4 lata temu Paweł dostał się na Wydział Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej. Zadecydowało o tym jego zamiłowanie do motoryzacji.

– Ale też samodzielna budowa szayowozu, przy którym spędziłem całe dwa lata.

Ze Szczytna do stolicy jechał z przyczepą, na której wiózł skonstruowany przez siebie pojazd. Szaya przywitał go i pozwolił trzymać wózek w Słomczynie.

W 2007 roku Paweł wygrał Mistrzostwa Okręgu Warszawskiego KJS-RC, jakimi stały się dotychczasowe wyścigi szayowozów, natomiast rok później w Mistrzostwach Polski startował na seicento.

Automobilklub Rzemieślnik w Warszawie. Szaya związany jest z nim od prawie 30 lat. Na początku lat 90. założył tam Sekcję Młodych.

Od tego czasu w każdy poniedziałek dyżuruje w klubie, do którego przychodzi zafascynowana motoryzacją młodzież. Zdarza się, że wpadają nawet całe klasy. Ci, których sport samochodowy interesował już dawno i tacy, którzy dopiero chcą spełnić swoje marzenie.

Proszą o konkretne wskazówki, jak zbudować szayowóz, przychodzą na szkolenia sędziów i kursy udzielania pierwszej pomocy, ale też żeby posłuchać ciekawych opowieści rajdowych czy zwyczajnie pogadać o życiu. Obowiązuje swobodna atmosfera, wszyscy tu są na ty.

– Szaya jest pozytywnie zakręcony, jak to się mówi, a swoją pasją potrafi zarazić innych – twierdzi Alek Choromański, który do Rzemieślnika trafił w 1998 roku i nadal chętnie go odwiedza.

Vote it up
1432
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!