Pierwsza miłość

Przez 40 lat uczucie wymykało się nam z rąk
 

Dzwonek do drzwi odezwał się, kiedy rozwiązywaliśmy krzyżówkę. Dziadek poszedł otworzyć. Usłyszałam niewyraźny szmer rozmowy, a po chwili trzask zamka i dziadek wrócił.
– To tylko sąsiad – mruknął, siadając znów do krzyżówki.
Dopiero po dobrych kilkunastu minutach się odezwał:
– To był jakiś twój kolega. Z Opola. Powiedziałem, że cię nie ma.

We mnie jakby strzelił piorun. Oczami swojej 16-letniej duszy zobaczyłam JEGO. Mojego wybawcę, najlepszego kumpla, mojego bohatera z kolonii.
To był 1970 rok, piękne słoneczne lato spędzone w Mysłakowicach nieopodal Jeleniej Góry. Miałam 13 lat i byłam złakniona przygód.

Do dziś pamiętam ciepło ogniska rozpalonego pierwszego wieczoru, zapach pieczonych ziemniaków i piosenki, które wtedy śpiewaliśmy.Nagle jakiś nieznany mi chłopak z innej grupy podszedł do mnie, pociągnął delikatnie za rękę i chciał mi skraść całusa. Odepchnęłam go, ale nie dał za wygraną, pociągnął znów... Zaczęłam się szarpać.

I wtedy zjawił się On.
Obserwował nas z boku i gdy zobaczył, co się dzieje, szybko podszedł. Objął mnie i powiedział:
– Nie bój się.
I w ten sposób o rok starszy ode mnie Tadek został moim wybawcą i przyjacielem. Miał nogę w gipsie, więc czas spędzaliśmy głównie na rozmowach. Zadurzyłam się w nim.
Ale na pożegnanie nie dostał buziaka, wymieniliśmy się tylko adresami. On mieszkał w Opolu, ja w Poznaniu, nie liczyłam więc na następne spotkanie.

I oto po trzech latach Tadeusz zadzwonił do moich drzwi. Kiedy dziadek powiedział, kogo nie wpuścił do mieszkania, świat wokół mnie zawirował. Ku mojemu zaskoczeniu wakacyjne uczucie do chłopaka z Opola okazało się wciąż silne. Rozpłakałam się i wybiegłam.
Ale było już za późno. Rozglądałam się po ulicy, ale nie zobaczyłam znajomej sylwetki. Pobiegłam nawet na Dworzec Główny, niestety pociąg przed chwilą odjechał.

Wracałam do domu okropnie zła na dziadka, nie odzywałam się do niego dwa dni. Ale mu wybaczyłam. Rozumiałam, że był człowiekiem starej daty, że dla niego ważne były zasady – nieznajomy nie odwiedza panienki bez zapowiedzi. Zwłaszcza gdy ta panienka jest oczkiem w dziadkowej głowie. Czemu, choć miałam adres Tadeusza, nie napisałam do niego? Czemu on nie napisał? Żadne z nas nie potrafi dziś na to odpowiedzieć.

Minęło kilka lat. Uczucie zblakło, poznałam kogoś innego, wyszłam za mąż i właśnie spodziewałam się dziecka. Prawdę mówiąc, nie myślałam o Tadeuszu do chwili, gdy natknęłam się na adres producenta modnych wózków, trudno dostępnych na rynku. Robiono je w Chróścicach koło Opola.

Od razu otworzyło się zamknięte pudełko z wakacyjną miłością. Poruszając niebo i ziemię, zdobyłam adres Tadeusza, dowiedziałam się też, gdzie pracuje i nawet dostałam jego telefon.Wykręcam numer i czekam zdenerwowana. Co będzie, jak usłyszę jego głos? Czy znów załomoce mi serce? Sama siebie przekonywałam, że to przecież tylko sprawa wózka, że teraz, w kryzysie lat 80., taka prośba nie jest niczym dziwnym. Na porządku dziennym było odgrzebywanie starych znajomości, by załatwić atrakcyjny towar.

Ale łomotało mi serce, kiedy mówiłam, pewnie trochę nieskładnie, o tym wózku. On – zaskoczony – obiecał, że załatwi. I rzeczywiście, zadzwonił w dniu, w którym trafiłam na porodówkę. Wózek pojechała odebrać moja mama.

Od tego czasu sporadycznie się kontaktowaliśmy, wymienialiśmy konwencjonalne grzeczności. On miał żonę, ja męża i nie w głowie nam było burzenie sobie nawzajem życia. Chociaż serce się chwilami ściskało...

Mijają lata i my znów mijamy się ze sobą. Moje dwa małżeństwa nie wytrzymują próby czasu. Tadeusz dwukrotnie zostaje wdowcem.
A ja nie mam o tym zielonego pojęcia, bo mój niegdysiejszy wybawca znów zniknął z mojego życia.

Rok 2009. Po rozwodzie jestem w dołku psychicznym. Trzech dorosłych synów już ma swoje życie, a ja rozpaczliwie szukam czegoś, co dałoby mi odrobinę radości.
Na szczęście istnieje już internet, więc zaglądam sobie na różne strony. I nagle wpadam na pomysł, że przecież mogę odszukać Tadeusza. Przed laty okazał się moim wybawcą, może i teraz pomoże mi się podnieść?

Udało się, znalazłam go w sieci. Co za radość! Teraz wystarczy tylko wykonać telefon i po prostu dowiedzieć się, co u niego słychać.
I zadzwoniłam.
Okazało się, że to on – osamotniony po śmierci żony – bardziej może niż ja potrzebuje pomocy. Długo rozmawiamy.

Szybko decydujemy się na spotkanie. Uczucie, które gdzieś tam w tyle głowy i w zakamarkach serca tliło się od 1970 roku i – dziś jestem o tym przekonana – wymykało nam się z rąk, wraca ze zdwojoną siłą. Postanawiamy zamieszkać razem.

Warto było czekać 40 lat, aby związać się z prawdziwą pierwszą miłością. Przekonałam się, że ona istnieje i poznałam jej wielką siłę.
Jesteśmy szczęśliwi. Nie chciałabym zapeszyć, ale wierzę, że przed nami jeszcze wiele, wiele lat wspaniałego wspólnego życia.

Vote it up
499
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!