Nigdy nie zapomnę

Niemiecki artysta Gunter Demnig postanowił upamiętniać ofiary Holokaustu

Pierwszą kostkę z tabliczką umieścił w Kolonii w 1995 roku, zrobił to ukradkiem za plecami władz miejskich. Kilka Stolpersteine pojawiło się w kolejnym roku w starej dzielnicy żydowskiej w Berlinie, znów bez zgody władz. Gdy niemieckie media zainteresowały się projektem, zasypano go prośbami z Niemiec i z zagranicy, by upamiętnić pomordowane rodziny, krewnych i przyjaciół.

Ku wielkiej radości Demniga niemieckie szkoły pytały go, czy mogą „adoptować” konkretne ofiary, organizując klasowe zbiórki pieniędzy i kiermasze ciastek, by dochód przekazać mu na tabliczki – 95 euro za jedną.

– To mój jedyny dochód prócz indywidualnych datków, co właściwie nie pokrywa kosztu materiałów – zauważa Demnig, dodając z żalem, że rosnące gwałtownie ceny mosiądzu uszczuplają jego i tak bardzo skromny budżet.

O ile większość władz samorządowych niemieckich miast zwykle chętnie zezwala na instalacje Demniga, ojcowie miasta z Monachium, które ma wyjątkowo mroczną kartę faszystowskiej historii, nie zaaprobowali ani jednej tabliczki. Kilka, które umieścił potajemnie, władze wykopały, na co zgodzili się członkowie gminy żydowskiej ze strachu, że tabliczki zostaną sprofanowane przez prawicowych ekstremistów.

Poza Niemcami Demnig umieścił tabliczki w takich miastach jak Antwerpia, Rotterdam, Rzym, Budapeszt i Praga, gdzie odbywały się deportacje podczas okupacji hitlerowskiej. Pojawiły się też w austriackim Braunau am Inn, gdzie urodził się Hitler.
– Poproszono mnie, bym przywiózł kilka tabliczek do Szanghaju i zaprezentował je w niemieckim pawilonie podczas Expo 2010 – mówi Demnig, sięgając do sterty papierzysk i wyjmując z niej fotografię, na której rozmawia z chińskimi dziennikarzami. – Myślałem, że nigdy nie przestaną zadawać pytań!

Obdarzony przez naturę siłą Demnig nie widzi powodu, by przerywać swoje podróże po Niemczech z nowymi instalacjami – wiele zleceń czeka na realizację – choć przyznaje, że godziny spędzone na klęczkach sprawiają, że „kolana klekoczą niczym kastaniety”.
– Nadgarstki sprawują się nieźle – dodaje.

Jednak nie przypuszcza, by jeszcze kiedykolwiek pobił swój rekord: 40 tabliczek w jeden dzień.
Jest zadowolony, że generalnie Niemcy są otwarte na zadośćuczynienie okrutnej spuściźnie Holokaustu. Martwi go jednak, wręcz obsesyjnie, że tak wielu z 6 milionów zabitych – Żydów i Cyganów, homoseksualistów, komunistów i członków ruchu oporu – jest w okrutny sposób ograbionych z tożsamości.

– Nigdy nie traktowałem moich tabliczek jako płyt nagrobnych – mówi, ściskając przy tym mocno moje ramię, a łzy napływają mu do oczu. – Ale od czasów Holokaustu tak niewielu ofiarom zorganizowano godny pochówek, że tabliczki są dla członków rodzin i przyjaciół miejscem, gdzie mogą się zebrać, pomodlić, położyć kwiaty lub po prostu zatrzymać się na chwilę i wspomnieć.
 

Vote it up
410
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!