Nigdy nie zapomnę

Niemiecki artysta Gunter Demnig postanowił upamiętniać ofiary Holokaustu

Gunter Demnig przyklęka przy ruchliwej ulicy starego miasta w Kolonii i podważa kostkę brukową z chodnika. W powstałej luce umieszcza betonową kostkę z błyszczącą mosiężną tabliczką i porządnie wbija ją gumowym młotkiem.

Robota skończona. Demnig podnosi się z kolan, stękając, zdejmuje sfatygowany kapelusz australijskiego buszmena i cofa się na tyle, by zaciekawieni przechodnie zobaczyli napis na płytce umieszczonej przed domem przy Roonstrasse 33. – Napis głosi: „Tu mieszkał Herbert Josef Rotschild. Urodzony 6 czerwca 1905 roku, wywieziony do Auschwitz w 1943, zamordowany w marcu 1945”. Anonimowa do tej pory ofiara Holokaustu została upamiętniona.

Gdy Demnig zbiera narzędzia, elegancko ubrana młoda kobieta pchająca wózek dziecięcy zatrzymuje się i przygląda tabliczce, a po chwili mówi, że w domu, gdzie mieszka, żyła kiedyś żydowska rodzina, która – jak sądzi – prawie cała zginęła w obozach koncentracyjnych. Pyta Demniga, jak dowiedzieć się o niej czegoś więcej, by też mogła być upamiętniona podobną tabliczką.

Przez ostatnie 15 lat Demnig, krępy, energiczny mężczyzna po sześćdziesiątce, osobiście wykonał i umieścił około 28 tysięcy tabliczek w ponad 600 dużych miastach, prowincjonalnych miasteczkach i wioskach na terenie Niemiec oraz za granicą. Wszystkie robi w swojej, połączonej z mieszkaniem, zagraconej kolońskiej pracowni, gdzie teraz przykucnął przy drewnianej ławie, pracując nad napisem na kolejnej mosiężnej tabliczce.

Wykonanie każdej zajmuje mu około pół godziny, a sądząc po jego muskularnych ramionach, nie jest to lekka praca. Od czasu do czasu przerywa, by pociągnąć łyk ulubionego piwa warzonego w Kolonii.

Demnig nazywa te tabliczki Stolpersteine, co po niemiecku znaczy „przeszkoda”.
– Ponieważ żywi mają się o nie potykać niczym o tragiczne wspomnienia – tłumaczy.
Szczerze wierzy, że 10-centymetrowe kwadratowe tabliczki, po których ludzie będą chodzić, załatwiając codzienne sprawy, unaocznią koszmar Holokaustu przez konkretne ludzkie istnienia i mocniej wstrząsną niż oficjalne pomniki takie jak olbrzymie Muzeum Żydów w Berlinie.

– Nam, współczesnym, nie uda się ogarnąć umysłem zaplanowanej eksterminacji 6 milionów ludzi – mówi Demnig. – Ale jeśli zauważycie słońce odbite w jednym z tych drobiazgów na ulicy, przeczytacie, jak nazywała się ofiara i spojrzycie na budynek, który niegdyś był jej domem, wówczas Holokaust będzie miał dla was konkretną ludzką twarz.

Gdy przechodzimy do kolejnej instalacji obok bloku mieszkalnego, przed którym Demnig umieścił 22 tabliczki, wspomina, w jaki sposób jako znaczący lewicowy artysta performer wpadł na pomysł tego projektu.

– Namalowałem białą linię wzdłuż drogi, którą tysiące Cyganów maszerowały na dworzec kolejowy w Kolonii w 1940 roku, by trafić do obozów śmierci. Można to porównać do próby generalnej przed Holokaustem, bo faszyści chcieli się przekonać, jak zareagują przeciętni Niemcy mieszkający w sąsiedztwie. Gdy nikt nie zaprotestował, uznali to za przyzwolenie deportacji na większą skalę.

Starsza kobieta podeszła do pochłoniętego pracą Demniga.
– Popieram to, co pan robi – powiedziała – ale musi pan wiedzieć, że tu nigdy nie mieszkali żadni Cyganie.
Demnig pamięta, jak była zszokowana, gdy pokazał jej archiwalne dokumenty przeczące jej słowom.
– Nie uświadamiała sobie, że ludzie, którzy mogli być jej sąsiadami, zostali pod jej nosem wysłani na pewną śmierć – mówi artysta, z trudem opanowując emocje.
Wówczas to wymyślił projekt, który „ma upamiętnić uśmierconych w obozach”.

Vote it up
343
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!