Nie tylko zyski

Brytyjski ogrodnik zaopatruje Węgrów w ekożywność

Matthew Hayes, 51 lat, zawsze lubił pracę na świeżym powietrzu. Pochodzi z Suffolk w Anglii. Kiedy mieszkał w Londynie, chętnie zatrudniał się jako wolontariusz na farmach ekologicznych. Od 1984 r. zaczął pracować na stałe w gospodarstwach i ogrodach organicznych. Później badał procesy recyklingu odpadów organicznych na jednej ze stacji badawczych uniwersytetu w Londynie. W 1990 r. poznał Węgierkę Judit. Była wolontariuszką w domu opieki dla dorosłych specjalnej troski. Pobrali się rok później.

Wykładowca węgierskiego Uniwersytetu Rolniczego w Gödöllő z zainteresowaniem śledził prace Hayesa 
i w 1995 r. zaproponował mu przeprowadzenie badań opłacalności budowy kompostowni na terenie kampusu 
w Gödöllő. Dobrze się złożyło, bo Judit tęskniła już za ojczyzną. Rodzina 
z trójką dzieci przeniosła się więc do miasta leżącego 30 km od Budapesztu.

Hayes z trudem przystosowywał się do obcego środowiska. Nauka węgierskiego okazała się wyzwaniem. Mieszkali z babcią żony, która początkowo nie była zachwycona angielskim powinowatym. W czasie II wojny światowej straciła rodzeństwo w alianckim nalocie bombowym.
Hayes zaczął sprzedawać na jednym z budapeszteńskich targowisk ekologicznych produkty pochodzące 
z ogrodu, który założył w ramach uniwersyteckiego projektu badawczego. Pewnego wieczoru, kiedy podliczał zyski, babcia – niegdyś księgowa 
– zapytała go, czy może mu w czymś pomóc. Później regularnie razem sprawdzali książki rachunkowe 
i długo rozmawiali.

– Od niej nauczyłem się najwięcej węgierskiego – twierdzi Hayes.

Aby uzupełnić dochody z zajęć na uniwersytecie, zaczął pracować jako tłumacz. Wspólnie z żoną uczyli języka angielskiego, redagowali teksty i robili korekty. W tym samym czasie Hayes założył na uniwersytecie szkoleniowe gospodarstwo ekologiczne, 
w którym zastosował metody uprawy przyjazne dla środowiska. Gospodarstwo miało służyć studentom w zdobywaniu wiedzy praktycznej.

W 2000 r. jego małżeństwo z Judit się rozpadło. Hayes musiał podjąć trudną decyzję. Czy wracać do Anglii? Nie potrafił sobie wyobrazić, 
że mógłby zostawić dzieci. Poza tym, gdyby wyjechał, cała jego praca nad rolnictwem węgierskim poszłaby na marne.

– Postanowiłem zostać – wspomina Hayes. – Wtedy też pierwszy raz poczułem się na Węgrzech jak w domu.

Nauczył się doceniać region i jego klimat. Polubił Węgrów.

– Otwierają się dopiero wtedy, gdy dobrze cię poznają. Okazują się wtedy niezwykle przyjacielscy – stwierdza.
Wielu Węgrów uległo urokowi 
jego łamanej 
węgierszczyzny. Docenili Brytyjczyka w słomianym kapeluszu także za to, że udostępnił produkty ekologiczne mniej zamożnym dzięki wprowadzeniu zapisów na skrzynki z warzywami: raz w tygodniu mieszkańcy dwóch dzielnic stolicy, którzy zamówili produkty, odbierają od niego skrzynkę z ekologicznymi warzywami za cenę niższą niż na targowiskach ekologicznych. Jednym z punktów odbioru jest małe targowisko 
na osiedlu Wekerlego w Budapeszcie. 

– Matthew to prawdziwy skarb – mówi Gabriella Schneider, koordynatorka ruchu Przemian Wekerlego. – Ma ogromną wiedzę fachową. Traktuje ziemię z szacunkiem. Ludzie mu ufają, a to jest niezbędne w realizacji programu dostaw warzyw z upraw ekologicznych.

Hayes mówi, że jest szczęśliwy, bo może się odwdzięczyć przybranej ojczyźnie. Nie potrafi sobie wyobrazić, że kiedykolwiek ją opuści.              

Vote it up
395
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!