Mocanita – jego miłość

Szwajcarski dziennikarz Michael Schneeberger ratuje ostatnią leśną kolejkę parową w Europie  

 

Nieco dalej kilkudziesięciu miejscowych wygląda pociągu. Ich torby są pełne ziemniaków, chleba i innych produktów spożywczych. Niektórzy mają przy sobie też piły łańcuchowe i puszki z olejem napędowym. Jakaś starsza kobieta trzyma prosiaczka na zrobionej ze sznurka smyczy.

Nagle ostry gwizd niesie się echem po całej dolinie. Ze stacji początkowej w kłębach pary nadjeżdża długo oczekiwana Mocanita. Z przodu parowozu z lat 30. XX wieku wisi tabliczka z imieniem Cozia 1. Na drugiej tabliczce widnieje napis: Maksymalna prędkość 30 km/h. Vasile Ivancsuc, 73-letni maszynista, wychyla się z okna i popatruje w niebo. 
– Od 40 lat pracuję dla tej kolejki – mówi z dumą. 
Zdradza, że urodził się w górach, w wiosce Faina, do której można się dostać wyłącznie Mocanitą. 
– Opowiedz im, jak to było – chichocze jeden z miejscowych.
– Cóż, urodziłem się w wigilię Bożego Narodzenia – mówi ze śmiechem maszynista. – Była sroga zima i moi rodzice nie mieli jak zejść do Viseu de Sus. Zgłosili moje narodziny dopiero po Nowym Roku.
W 1990 roku Ivancsuc przeszedł na emeryturę, ale nie umiał rozstać się z kolejką, którą prowadził całe życie.

Teraz lokomotywa stoi, ale bucha z niej para. Doczepiono do niej wagon dla podróżnych i kilka wagonów towarowych do przewozu drewna. Miejscowi pakują już narzędzia i prowiant. Rozlega się krótki gwizd, lokomotywa lekko szarpie i Cozia 1 rusza. Maszynista nie marnuje ani minuty, musi bowiem zawieźć do lasu kolejną zmianę pracowników i przywieźć z powrotem tych, którzy skończyli pracę, oraz pnie drzew ściętych w ciągu ostatnich godzin.

Kilka minut później na stację wjeżdża Mocanita przeznaczona dla turystów. Ciągnąca ją lokomotywa Szwajcaria jest czystsza i bardziej zadbana niż przeznaczona głównie do przewozu drewna Cozia 1. Ciągnie za sobą kilka wagonów, z których jeden jest otwarty i wyposażony w ławki. Turyści ochoczo wsiadają do środka. 

Kolejny gwizd, kolejne szarpnięcie i Mocanita rusza.

Toczy się powoli, najwyżej 10 km/h, ale żelazne wagony robią wielki łoskot. Nim Mocanita wyjedzie z Viseu de Sus, mija leniwie domy na obrzeżach miasta, nie żałując pary i dymu. Opuszcza cywilizację i wjeżdża do świata, który większość pasażerów zna tylko z telewizyjnych programów dokumentalnych o dzikich zakątkach.

Telefony komórkowe tracą zasięg, droga dla samochodów się kończy, zostają tylko turyści, natura i stukot wagonów. To jak wszechświat równoległy, w którym czas się zatrzymał. Sapanie lokomotywy płoszy kilka półdzikich koni, które pasły się na łące przy brzegu rzeki. Z górskiego szczytu podrywa się do lotu orzeł. Turyści są zachwyceni. Biegają z jednego końca wagonu na drugi, żeby nie przegapić żadnego widoku.

Po niecałej godzinie jazdy kolejka nagle się zatrzymuje. Maszynista wyjmuje ze środka lokomotywy wąż i zanurza jego koniec w rzece. Od zawsze Mocanitę zaopatrywano w wodę właśnie w ten sposób – co 5–6 km kolejka zatrzymuje się i pije prosto z rzeki. Pokonanie 32-kilometrowej trasy do położonej na wysokości 1100 metrów wioski Faina zajmuje 5–6 godzin.

 

 

Vote it up
2465
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!