Między Snem Pszczoły a Oparami Absurdu

Aktorka założyła dwie klubokawiarnie. – To moja praca marzeń – twierdzi

 

Szalone rytmy porywają młodych ludzi do dzikich pląsów. DJ Funklore nakręca nastrój bałkańskimi motywami. A jeszcze wczoraj w klubie „Sen Pszczoły” był wieczór poezji i wzruszeń. Jego właścicielką jest szczupła 30-latka Elżbieta Komorowska. Do niej należy też klub „W Oparach Absurdu” przy ulicy Ząbkowskiej na warszawskiej Pradze. Jeszcze kilka lat temu wieczorny spacer w tym rejonie był dla obcych wyzwaniem. Po zmroku mało kto tam się zapuszczał.

Kiedy Elżbieta Komorowska znalazła w internecie ogłoszenie o wynajmie lokalu, znajomi pukali się w głowę, mówiąc, że nikt przy zdrowych zmysłach nie przyjdzie do jej kawiarni w tej części Warszawy. Szybko okazało się, że nie mieli racji.

Praga staje się tętniącym życiem centrum kultury i rozrywki i klimatem przyciąga coraz więcej ludzi. Jak grzyby po deszczu wyrastają tu pracownie artystyczne i konkurencja Elżbiety Komorowskiej – kawiarnie i kluby.

Na szczęście „Opary”, które powstały w 2006 roku, mają już wyrobioną markę miejsca, gdzie można wypić dobrą kawę i posłuchać świetnych koncertów. Są wieczory, kiedy znalezienie miejsca przy stoliku graniczy z cudem.

W ubiegłym roku Elżbieta Komorowska kilka przecznic dalej otworzyła drugi klub, w którym można potańczyć. Intrygująca nazwa „Sen Spowodowany Przez Lot Pszczoły Wokół Owocu Granatu Na Sekundę Przed Przebudzeniem” pochodzi od tytułu obrazu Salvadora Dalego. Do lokalu trafia elita intelektualna – aktorzy, muzycy i dziennikarze – więc i jego nazwa musi być wysmakowana.

Elżbieta to niespokojny duch. Pochodzi z Rzeszowa. Od najmłodszych lat była buntowniczką. I to taką z głową w chmurach. Choć rodzice radzili jej, by została nauczycielką – bo to gwarantuje pracę i stałe dochody – studiowała rzeźbę w ASP w Krakowie. Potem skończyła Szkołę Aktorską i spróbowała sił na planie. Grała w polskim kinie offowym, wystąpiła także w wielu serialach, m.in. w Klanie, M jak miłość, Kryminalnych. Okazało się jednak, że zawód aktorki to nie to, co chciałaby robić przez całe życie.

– Aby dostać rolę, trzeba wciąż chodzić na castingi, rywalizować, a czasem godzić się na byle rólki, aby zarobić na chleb. I stale jest się zależnym od decyzji innych – opowiada.

Któregoś wieczoru zmęczona po trzech castingach zrobiła życiowy bilans: Czy chce żyć w ciągłym oczekiwaniu na sławę, która nie wiadomo, kiedy nadejdzie i czy w ogóle nadejdzie? Co chce robić dalej?

– Poczułam, że chcę mieć wpływ na własne życie – mówi.

Pomyślała wtedy, że chce założyć klubokawiarnię, gdzie ludzie mogliby się czuć swobodnie. Z tym pomysłem chodziła ponad rok.
– Wiedziałam, że miejsce musi mieć klimat i być niezobowiązujące. Pełen luz. Aby chciało się tu zostać i wracać – wspomina.

Wykorzystała swoje doświadczenie – nie z ról filmowych, ale z życia. Studiując aktorstwo, dorabiała jako barmanka w knajpce na krakowskim Kazimierzu, dzielnicy, która klimatem przypomina Pragę. Właśnie wtedy przyszła moda na Kazimierz i do knajpki przychodziło coraz więcej ludzi. Pomyślała, że podobnie może być w Warszawie. Uznała, że najważniejsze jest znalezienie lokalizacji pasującej do jej zamierzeń, bo miejsce to sedno takiej inwestycji.  Najpierw odrzuciła ekskluzywny lokal w centrum, bo nie pasował do jej założeń nieformalnej kawiarni. W końcu znalazła ogłoszenie o wynajmie niedużego lokalu, który jej zdaniem był strzałem w 10. Blisko głównej praskiej arterii, przy ulicy z zabytkową zabudową.
To właśnie ten klimat – pomyślała.

Pozostał niebagatelny problem – pieniądze na start. Banki nie przyznają kredytu osobom bez stałej umowy i bez zabezpieczenia. Ta konfrontacja z rzeczywistością omal jej nie załamała. Jak bez pieniędzy zrobić remont, kupić kasę fiskalną, wyposażenie czy zatrudnić ludzi?

– Ale nie jestem z tych, co się łatwo poddają. Przeciwności budzą we mnie chęć walki – wyznaje Elżbieta Komorowska.

Pomogli przyjaciele i znajomi. Jeden z nich pomógł jej przygotować biznesplan. Poszła także do właścicielki znanego klubu z listą pytań, jak założyć taki biznes. Dostała od niej wiele cennych wskazówek.

Przy urządzeniu wnętrza wykorzystała swoje plastyczne przygotowanie. Ciepło, przytulnie, ale nieformalnie – to zasada. Gromadziła więc abstrakcyjne obrazy i wygodne meble w starym stylu, wstawiła pianino. Zestawiała meble i wyglądające na przypadkowe przedmioty tak, aby wszystko razem robiło wrażenie twórczego zamieszania. Przygotowanie do otwarcia „W Oparach Absurdu” zajęło jej około roku. Założyła, że w ciągu dwu lat nakłady się zwrócą. I udało się. Gdy poczuła twardy grunt, bo biznes dał poczucie stabilizacji, zdecydowała się na dziecko, a potem na kolejną inwestycję.

Razem z partnerem Adamem Rejnhardem otworzyli w listopadzie ubiegłego roku „Sen Pszczoły”. Urządzili tutaj salę taneczną oraz przestrzenie do posiedzenia. Tu można przysiąść na wadze towarowej, zapaść się w kinowy fotel, podziwiać stare sprzęty, trafić do toalety, która udaje windę lub wypocząć na powietrzu na leżaku. W kinowo-koncertowym kontenerze w podwórzu od czasu do czasu gra na żywo zespół.

Elżbieta Komorowska chce jeszcze lepiej wykorzystywać przestrzeń klubu. Myśli o założeniu przy „Śnie Pszczoły” fundacji skupiającej ludzi, którzy wspierać będą projekty i rozwijać działalność kulturalną w klubie.

– Przez ostatnie lata dowiedziałam się o sobie, że jestem dobrą organizatorką i że lubię być odpowiedzialna za realizację pomysłu od A do Z – mówi z satysfakcją.  

Co Wam powie Elżbieta Komorowska...

Czego potrzeba, by otworzyć i prowadzić kultowy klub?
Dać coś z serca i naprawdę szczerze chcieć. Ja bardzo chciałam.

I co jeszcze?
Trzeba marzyć. Ja jestem marzycielką. Z tego się wszystko wzięło. Gorzej, jak się nie marzy, bo wtedy nie wiadomo, dokąd się zmierza.

To wystarczy?
Jak się już ma marzenie, to warto je sobie wyobrazić. Wchodząc do zniszczonych pomieszczeń po fabryce, oczami wyobraźni ujrzałam urządzoną przestrzeń. I zakochałam się w tym miejscu. Tak powstał „Sen Pszczoły”.

Ryzyko inwestycji? 
Trzeba się z tym liczyć, bo jest wpisane w każde przedsięwzięcie. Dobrze jest mieć intuicję i przekonanie, że to się uda. Warto się też radzić ludzi, którzy wcześniej zakładali podobne biznesy.

Czy do prowadzenia klubu o profilu kulturalnym, gdzie można posłuchać dobrych wykonawców i potańczyć przy najlepszych DJ-ach, konieczne są jakieś specjalne kontakty?
Wcale nie. Ja nie muszę się na wszystkim znać i wszystkim zajmować. Zatrudniam specjalistów w danej dziedzinie.

A jak się zaprasza elitę?
Nie zaprasza się. Znani przychodzą sami tak jak i inni klienci. Ważne jest dla mnie, aby każdy dobrze się tu czuł.

Da się z tego żyć?
Tak, mnie się udaje.

Wychodzi już Pani na swoje po zainwestowaniu w „Sen Pszczoły”?
Jeszcze mi trochę brakuje. Na „Sen Pszczoły” były potrzebne dużo większe środki niż na „Opary”, bo przeprowadziliśmy ogromny remont.

Rada, która wynika z Pani doświadczenia przy prowadzeniu takiego biznesu?
Trzeba szczególnie dbać o relacje z ludźmi. Mam na myśli własną załogę, a także całe biznesowe otoczenie. Warto tak wydawać polecenia, aby ludzie chcieli je wykonać. Jeśli czegoś samemu nie możesz zrobić, pozwól, żeby zrobili to inni. Może się okazać, że zrobią to lepiej, a ty i tak na tym skorzystasz. Chcę, aby w obu moich klubach bardzo dużo się działo.

Vote it up
211
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!