Lubię dużo gadać

Aleksandra Fafius z rozmów z ludźmi dowiaduje się o problemach i stara się pomóc

 

Przed starą kamienicą na ulicy Poznańskiej 11 w Warszawie staje bus z białoruską rejestracją. Dwaj księża w cywilnych ubraniach, którzy z niego wysiedli, szybko pakują do środka żywność, worki z ubraniami i zgrzewki zniczy. Pomagają im Aleksandra Fafius – mózg całej akcji – i jej współpracowniczka Magda Tesławska.

– Jesteśmy bardzo wdzięczni pani Oli i wszystkim, którzy nas wspierają – mówi z charakterystycznym wschodnim zaśpiewem wyższy z mężczyzn, ksiądz Henryk z małej polskiej parafii na Białorusi. – Teraz nasi ludzie bardzo prosili o lampiony. My też we Wszystkich Świętych chcielibyśmy pomodlić się na polskich cmentarzach i zapalić znicze. Na Białorusi ich nie ma, a Polacy na wsiach żyją tam w niewyobrażalnej biedzie. Wasze dary to dla nas wielka pomoc.

Pani Ola, od dziecka wrażliwa na los ludzi i zwierząt, mówi, że pomaganie innym sprawia wielką frajdę.

– Ja strasznie dużo gadam – wyjaśnia z uśmiechem. – Gadam wszędzie i do wszystkich. Dlatego dowiaduję się o wielu problemach i myślę, jak można pomóc.

Księdza Henryka poznała przez znajomych. Opowiedział jej o sytuacji Polaków, swoich podopiecznych. Zaczęła zbierać dla nich środki czystości, cukier, ryż, makaron, słodycze i odzież w dobrym stanie. Dary trafiają do 3 polskich parafii. Największa liczy 100 osób. Gdy w umówionym czasie ksiądz przyjeżdża, wszystko jest już gotowe do zabrania. Teraz poprosiła znajomych, by zamiast kwiatów na jej imieniny, które są w grudniu, kupili znicze.

W ubiegłym roku przed świętami spytała księdza Henryka, ile tam jest dzieci. Chciała dla nich przygotować paczki ze słodyczami. A ksiądz na to, że najchętniej by widział dla każdego dziecka kilo mąki, kilo cukru, kilo ryżu, jaki makaronik może do tego.

– Proszę księdza, ja mówię o paczkach dla dzieci! – zawołała.
A ksiądz na to:
– Taż te dzieci będą szczęśliwe, bo mama im coś ugotuje.

Każdemu, kto przynosi używane rzeczy, pani Ola mówi, żeby dokupił coś podzielnego, na przykład paczkę cukierków czy flamastrów. I prosi, by nie przynosić porwanych, brudnych ubrań.

– Niektórzy się na mnie za to obrazili. Nie każdy rozumie, że pomoc nie może upokorzyć obdarowywanej osoby.

Ona sama w życiu przechodziła różne okresy. Opowiada, że była i bardzo bogata, i bardzo biedna. Od 26 lat jest wdową, ma dwoje dorosłych już dzieci Agnieszkę i Michała. Kiedy 20 lat temu straciła pracę w administracji państwowej, otworzyła na Poznańskiej kwiaciarnię. Teraz prowadzi tu pracownię bukieciarską, bo parę lat temu kwiaciarnia splajtowała. Ma kilku stałych klientów, od lat robi kosze do filharmonii i ambasad.

– Mój tata często mi powtarzał: „Pamiętaj, że są biedniejsi od ciebie. Nigdy tak nie jest, żeby nie można się było z kimś podzielić tym, co się ma”.

Nie zawsze muszą to być dobra materialne. Czasem można komuś coś przewieźć, zrobić zakupy, zamówić lekarza czy wyprowadzić psa. Albo chociaż porozmawiać z kimś samotnym. Trzeba tylko rozejrzeć się wokół siebie, chcieć ruszyć się sprzed telewizora.

– Moim zdaniem, gdyby ludzie więcej ze sobą rozmawiali, mieliby mniej problemów, bo łatwiej byłoby im zaradzić – dodaje.

Ale jest optymistką – uważa, że ludzie chcą pomagać, tylko nie wiedzą, jak to zrobić. Wielkie organizacje nie są zainteresowane zbieraniem niedużej ilości ubrań. Jej adres zna wiele osób, które wiedzą, że mogą tu przynieść niepotrzebne już im rzeczy w dobrym stanie. I zawsze trafią one do kogoś potrzebującego.
Ksiądz Henryk stara się wysyłać ofiarodawcom podziękowania. Ona też często dzwoni do nich i mówi, gdzie trafiły przyniesione rzeczy.

Vote it up
381
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!