Longyearbyen – miasto na czubku świata

W Longyearbyen w Norwegii jest wiecej niedźwiedzi niż ludzi
 

– To nie jest miejsce dla starych ludzi – mówi Birger Amundsen, wydawca lokalnej gazety Svalbardposten. – Zauważył pan, jak niewiele tutaj starszych osób? Prawie się nie słyszy, by ktoś przeszedł tu na emeryturę.

Jest co prawda dom opieki i klinika, ale gdy ktoś poważnie zachoruje, gubernator Odd Olsen Ingerø radzi (niektórzy mówią „nakazuje”), by na leczenie udał się do kontynentalnej części kraju. Jeżeli stracisz pracę albo z niej zrezygnujesz, również cię poproszą o wyjazd z Longyearbyen.

– Nie możemy zapewnić bezrobotnym osłony socjalnej takiej, jaką mają w pozostałej części kraju – wyjaśnia Ingerø, kiedy popijamy kawę w jego biurze na szczycie wzgórza.

A o umieraniu w Longyearbyen nawet nie myślcie. Pochówki są tu zakazane od 70 lat, gdy stwierdzono, że ciała na miejscowym cmentarzu nie ulegają rozkładowi, ale o zgrozo po latach „podnoszą się” z wiecznej zmarzliny. Zmarłych przewozi się na pochówek gdzie indziej.
Od Longyearbyen dzieli mnie tylko kilka kilometrów, ale mam wrażenie, jakby przeniesiono mnie do innego świata: do krainy gór, lodowców i fiordów. Lód skrzy się jak brylanty, góry pokrywa cienka warstwa śniegu. Żadnego ruchu: w tej niezwykłej krainie panuje martwa, mroźna cisza.

Mijając kolejny znak ostrzegający przed niedźwiedziami polarnymi, wzrokiem lustruję horyzont. Wczoraj miasteczko obiegła wieść, że za fiordem pod Longyearbyen wypatrzono niedźwiedzia. Jadę solidnym wozem z napędem na 4 koła przez surowy, księżycowy krajobraz w towarzystwie Kristin Jaeger Wexsahl, przewodniczki i zarazem doświadczonej maszerki. Na tylnym siedzeniu leży jej naładowana strzelba. Nagle widzę, że na równinie po prawej stronie coś się rusza.

– Niedźwiedź? – pytam szybko.
Wexsahl gwałtownie hamuje, patrzy i się uśmiecha.
– To renifer – mówi, opuszczając szybę, żebym lepiej widział. – Niedźwiedzie polarne są białe.
Jak wielu odwiedzających Longyearbyen nie spotkałem tu (żywego) niedźwiedzia. Jakim jestem szczęściarzem, zrozumiałem, zwiedzając Muzeum Svalbard. Mona Helene Barlien opowiedziała mi historię norweskiego trapera Georga Nilsena. W grudniu 1921 roku wybrał się do odległej stacji geofizycznej, aby tam z trzema kolegami świętować Boże Narodzenie.
– Nigdy nikt nie widział go już żywego – stwierdziła Barlien.

Dopiero w 1965 roku turyści znaleźli szczątki szkieletu i zagadka jego zaginięcia została rozwiązana. Barlien pokazała mi eksponowaną w muzeum strzelbę Nilsena. Leżała przy szkielecie, w jej komorze wciąż tkwił nabój. Trapera pożarł niedźwiedź polarny.

Kiedy patrzę na tę pokrytą rdzą strzelbę, przypominam sobie, co tydzień wcześniej powiedziała Barlien: „Jesteśmy tu tylko gośćmi. Prawdziwymi gospodarzami tego miejsca są niedźwiedzie”.

Vote it up
1780
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!