Kocioł zupy, koń i wolność

Doświadczenie 4-latka mówiło mi, że to wojna jest zła, a nie żołnierze – niemieccy czy sowieccy
 

Pamiętam styczeń 1945 r., gdy Niemcy się wycofywali. Miałem 4 lata. Droga obok naszego domu w Kotarszynie na Kielecczyźnie była niemiłosiernie zatłoczona. Ciągnęły nią opancerzone wozy, ciężarówki, łaziki, nawet konne zaprzęgi. Szosą i polami, pojedynczo i grupami szli żołnierze – milczący, smutni, zmarznięci, wielu rannych.

Ojciec zabronił nam wychodzić, by nie stała się nam jakaś krzywda od „rannego zwierza”. Tylko przez szpary w szopie patrzyliśmy ze starszym bratem Andrzejem, jak „nasi” Niemcy likwidują całą wielką kuchnię polową.

Ta kuchnia, tak samo jak i oni, była za naszym płotem od zawsze, odkąd zacząłem poznawać świat zewnętrzny. Intrygowała mnie ogromnie, tym bardziej że dolatywały stamtąd niesamowicie przyjemne zapachy. Latem podnosiłem obluzowaną sztachetę w płocie, który oddzielał naszą zagrodę od wojska i patrzyłem, co i jak gotują.

Któregoś dnia, gdy wpatrywałem się zza płota w kuchnię, Niemiec w białym fartuchu, który mieszał w kotle i coś tam wrzucał, kiwnął na mnie, mówiąc coś po niemiecku. Podszedłem ostrożnie, ale widać było po jego minie, że nie ma złych zamiarów.

Hail, paninka! – powiedział i wyciągnął do mnie rękę.

Podałem rękę, a on nalał mi trochę gorącej zupy. Nie dałem się prosić, wziąłem żelazny talerz i zacząłem szybko jeść. Smakowała wybornie.

– Dobrhe, dobrhe? – zapytał.

Odpowiedziałem, że dobre.

Obok stał bardzo długi stół zbity z nieheblowanych desek, dookoła niego drewniane ławki. Wkrótce zaczęli schodzić się żołnierze. Kucharz nalewał im zupę w menażki, siadali przy stole i jedli. Rozmawiali bardzo głośno, co chwila wybuchały salwy śmiechu. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi.

Gdy nazajutrz znów stanąłem przy płocie, kucharz zaprosił mnie, pokazał, jak podkładać drzewo do paleniska i na migi spytał, czy potrafię to robić. Umiałem i dostałem zajęcie.

Kucharz, zrozumiałem, że ma na imię Kurt, dużo mówił do mnie i często się uśmiechał. Przychodziłem do niego przed południem prawie co dzień, dokładałem drewna pod kocioł, on mnie częstował zupą i kawałkiem chleba. Czasem smarował go marmoladą. Jakież to było przepyszne! Gdy nadeszła jesień i zrobiło się zimno, przestałem przychodzić.

Tamtego dnia patrzyłem przez szparę w płocie i szukałem Kurta. Nie było go. Wszędzie biegali żołnierze, ładowali sprzęty. A potem odjechali. Zrobiła się cisza.

Odkąd pamiętałem, w naszym domu, w pokoju, gdzie przed wojną był sklep, mieszkali żołnierze niemieccy, jeden, dwóch, a czasami trzech. Lękałem się ich, ale też w jakiś sposób podziwiałem. Mocni, uzbrojeni, wysocy. Imponowali nam, dzieciakom, i kupowali naszą życzliwość drobnymi prezentami. Chowaliśmy się tylko wtedy, kiedy zjawiali się Niemcy w czarnych mundurach. Tych bardzo się baliśmy, choć nikomu z nas krzywdy nie robili.

Vote it up
858
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!