Jego droga do sera

Pokochał rosyjską wieś i zajął się wyrobem 
serów

Dwa razy w tygodniu, gdy ożywiony ruch pojazdów w Moskwie trochę zwalnia, Jay Close wychodzi ze swojego domu we wsi Mosznicy, ok. 60 km na północ od stolicy Rosji, wsiada do volkswagena załadowanego rozmaitymi serami i rusza do klientów, czyli znających się na rzeczy szefów kuchni moskiewskich restauracji.

51-letni Jay urodził się w Nowym Jorku, mieszkał w wielu miejscach, jak Meksyk, Papua-Nowa Gwinea, Australia, wreszcie osiadł w Paryżu. Już jako 14-latek wiedział, że chce zostać szefem kuchni. Ukończył szkołę kucharską w Australii i zaczął pracować w restauracjach. W Paryżu zaprzyjaźnił się z grupą rosyjskich biznesmenów, którzy poprosili, by pokazał im miasto. Zrewanżowali się zaproszeniem do Moskwy. Jay do dziś pamięta pierwszy wyjazd do stolicy Rosji w 1993 r.

– Zobaczyłem ponure, obskurne miasto. Puste sklepy. Jak się kupiło na bazarku marchew, więcej tam było ziemi niż warzywa. Mięso też wydawało się brudne i obrzydliwe. A jednak Rosjanie potrafili szykować z tego wspaniałe posiłki! Zastanawiałem się, jak tym ludziom, często bezrobotnym lub niepewnym wypłaty, udaje się przeżyć. Czułem, że wiele się mogę od nich nauczyć.

Po kilku wizytach w Moskwie Jay został tam na stałe. Dzięki swojej wiedzy i doświadczeniu w gastronomii stał się bardzo poszukiwany w mieście. Pomógł rozkręcić ok. 20 restauracji. W 2003 r. został szefem kuchni na statku wycieczkowym odbywającym rejsy po Wołdze między Moskwą a Rostowem.

– Zaczęło się dla mnie inne życie: spokój rozległych szmaragdowych pól i ciemnych lasów, krowy pasące się na brzegach rzeki. Nie chciało mi się wracać do Moskwy.

Kupił kawałek ziemi i z entuzjazmem zabrał się do budowy drewnianego domu. Postawił go w większości własnymi rękami. W miejscowym tartaku poznał 22-letnią Walentynę, która wkrótce została jego żoną. Podczas miesiąca miodowego w Holandii odwiedzili farmę mleczną.
– Pomyślałem: To jest to! Dzięki takiej farmie mogę mieszkać na wsi i sprzedawać wyroby w Moskwie.

Poprosił holenderskiego rolnika, by go nauczył tajników wyrobu serów. Po kilku tygodniach Amerykanin wrócił do Rosji, gotów założyć własne gospodarstwo. W pierwszych latach często jeździł do Holandii, by doskonalić umiejętności serowarskie. Potem uczył się u francuskich rolników, pojechał nawet na Cypr, by mieć pewność, że potrafi wyrabiać ser feta.

Na początku mleko kupował od sąsiadów we wsi, a jego pierwszymi nabywcami byli znajomi z Moskwy. Szybko jednak kupił własne krowy i zaczął sprzedawać wyroby stołecznym restauracjom i sklepom. Dziś produkuje tygodniowo po 100 kg sera w ok. 30 gatunkach. Większość pracy wykonuje sam, nie dopuszcza do kotła żony ani pomocników.

– Ta sama receptura przy udziale innej osoby oznacza inny ser – mówi Jay.

Wstaje o świcie, karmi i doi 12 krów i 11 kóz. Potem spieszy do kuchni, by przejść do części twórczej.

Na targach żywności organizowanych każdej zimy w Moskwie stół Jaya stanowi główną atrakcję. Gromadka kobiet otaczająca jego stoisko degustuje sery i rozmawia z ożywieniem. Jay odpowiada na pytania z lekkim amerykańskim akcentem.

– Kupujący mój ser rozumieją, że dobra żywność to dobre zdrowie. Jestem dumny, że dostarczam im wyroby w 100% naturalne.
I wygląda na to, że robi to dobrze. Mimo wysokich cen, klienci wciąż wracają po więcej.

Vote it up
340
Oddałeś już swój głos wcześniej!Zagłosuj na niego!