Jak uratowaliśmy małą sarenkę i jak stała się nasza

Na początku nie mogła nawet utrzymać się na nogach. Rozpoczęlismy akcję SOS – opisuje Krystyna Kruczkowska, nauczycielka, mieszkanka Borów Tucholskich, autorka książki o rezerwacie cisów w Wierzchlesie
 

Sarna leżała na poboczu szosy pod krzakami kwitnącego głogu. Było to w pobliżu naszego domu, więc zobaczyłam ją, gdy szłam rano do pracy. Zadzwoniłam do leśniczego, który powiedział, że nic już nie może pomóc. Martwą sarnę należy „uprzątnąć”.

Kto? Ja? – dziwiłam się, ale wychodziło na to, że ja. Zadzwoniłam do męża. Feliks nie był zachwycony, ale poszedł zakopać sarnę.Wkrótce oddzwonił.

– Niedaleko leży mała sarenka. To pewnie dziecko tej zabitej. Co teraz?
– Nic nie rób. Zapytam.

Wiem, że małego leśnego oseska człowiekowi nie wolno nawet dotknąć, bo jeśli matka wyczuje obcy zapach, może porzucić małe.

Ale teraz mieliśmy pewność, że matka małej nie żyje. Co w tej stytuacji robić? Znów zadzwoniłam do leśnictwa.

– Nic – usłyszałam. – Zwierzęta leśne są własnością skarbu państwa. W stanie dzikim muszą radzić sobie same.

– Ale ona jest maleńka. Zginie. Mnie jej po prostu żal – tłumaczyłam. – Nie chodzi o to, do kogo ona należy, tylko żeby przeżyła. My byśmy się nią zaopiekowali, ale wiem, że nie powinno się tego robić...

– Jak macie takie możliwości, to tylko przyklasnąć. Leśnictwa tym się nie zajmują. Najwyżej jakieś instytucje łowieckie, parki…
Znów zadzwoniłam do męża. Poszedł po sarenkę, ale zniknęła. Zrobiło się nam smutno.

Tak minęła pełna wrażeń środa, 13 czerwca ubiegłego roku. Następnego dnia, gdy wróciłam z pracy, na fotelu przed domem siedział mąż. A obok niego na chwiejnych patykowatych i podkulonych nóżkach kuśtykała maleńka sarenka! Za nią chodziła nasza suczka Zuzia. Obwąchiwała ją albo oblizywała. Sarenka zbliżała się do niej jak do matki, chcąc się przytulić. A jednak. Nie przepadła.

Rodzina zastępcza
– Teraz już dobrze stoi. Na początku wcale nie mogła się utrzymać na nogach – Feliks był wyraźnie zadowolony. – I nie martw się. Już wszystko wiem. Dowiedziałem się, co powinna jeść, w jakich proporcjach. Kupiłem butelkę i smoczek.
Wyjaśnił, że Danek, nasz syn, leśnik z zawodu, powiedział, jak przyrządzić mleko, a córka Aśka, socjolog zakochany w zwierzętach, wszystko zanotowała.

No tak, moje dorosłe dzieci i mąż już rozpoczęli akcję SOS. Rodzina zastępcza zaczęła działać.

Chcieliśmy, żeby sarenka przeżyła, ale zależało nam, by jej nie unieszczęśliwić. Tak wychować, żeby gdy dorośnie, umiała radzić sobie sama. Nie mieliśmy planu.

Pomysły były różne: ogród fauny i flory, gospodarstwo łowieckie, zoo. Ale najważniejsze, żeby przeżyła i wróciła do swego naturalnego środowiska.

Na razie jednak wymagała karmienia i opieki. Przyznać trzeba, że mąż robił to lepiej niż niejedna matka z własnym dzieckiem.

Wstawał skoro świt, gotował mleko, przyrządzał mieszanki. Mył i wyparzał butelki i smoczki. Był w siódmym niebie. Nie mogłam się napatrzeć, jak pięć razy dziennie karmi sarniątko.

Wkrótce bardzo przywiązało się do swego opiekuna. Tylko do niego podchodziło z ufnością. Pozwalało się dotykać, głaskać, oglądać. I tylko on jeden mówił do niej „Aguti” – nazwał ją tak, bo miała zaokrąglony grzbiet i wygięte nóżki, jak pewien gryzoń z Ameryki Południowej.

Nie oswajaliśmy sarenki, żeby nie przywiązała się do nas. Nie karmiliśmy jej niczym z ręki. Zapewnialiśmy jej całkowitą swobodę. Biegała po dużym ogrodzie, tuż przy lesie. Zawsze miała gdzie się schować, gdy coś ją wystraszyło.

Mogła też jeść liście drzew i krzewów. Niestety, ofiarą jej małych, ale mocnych ząbków i długiego różowego języka padły też nasze róże. Na krzewach zostały tylko kikuty.

Mijały tygodnie, sarenka się zmieniała. Była już rudobrązowa, znikły plamki, wyprostowały się wygięte nóżki. Chętnie ścigała się z kotem i psem, wiedziała, że nic jej nie grozi z ich strony. Stawała też się coraz bardziej samodzielna. Spała jeszcze pod świerkami w ogrodzie, ale całe dnie często spędzała w lesie. Przychodziła tylko na swoje mleko. Dwa, trzy razy dziennie. Tak było do jesieni.

Coraz częściej zostawała na noc w lesie. Mąż zrobił jej specjalne wejście w ogrodzeniu, przez które wracała do domu. Stawała wtedy przed oknem i czekała, aż ktoś z nas ją zauważy.

Tylko raz karmiłam sarenkę, gdy mąż musiał pojechać do lekarza. Wyszłam z butelką mleka, ale ona nie od razu podeszła. A kiedy się zbliżyła, obwąchała mnie, szybko wypiła mleko i odbiegła.

W końcu grudnia zadzwoniłam do leśniczego, który w czerwcu mówił o „własności skarbu państwa”.

– Muszę powiedzieć, że odnieśliśmy sukces – w moim głosie była nieskrywana duma.
– Żyje! – ucieszył się.
– I to jak żyje! W lesie. Wróciła do swoich.
– No, to naprawdę sukces, gratuluję! – powiedział.

Rozumieliśmy się doskonale, bez mówienia, o kogo chodzi. Szczęśliwa odłożyłam słuchawkę.

Sarenka w odwiedzinach
W Wigilię pojechaliśmy do syna. Po powrocie mąż czekał na sarenkę z opłatkiem. Nie przyszła. Zjawiła się dopiero w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Nie jest to już ani śmieszne nakrapiane sarniątko, ani rudowłosa sarenka z lata. Stała się płowa jak zeschnięte liście i gałęzie w lesie. Biały trójkąt ogonka przypomina płat pozostałego śniegu. Na tle sosnowego lasu jest prawie niewidoczna.

Przychodzi nieregularnie. Nieraz nie ma jej nawet tydzień. Najwięcej obaw przeżyliśmy w styczniu, w okresie polowań. Mąż liczył dni, żeby przeżyła. Chodził jak struty.

– Pewnie ją zastrzelili – mówił zasępiony, gdy się nie pojawiała.
– Czekaj, przyjdzie, ma teraz swoje towarzystwo – zapewniałam go.

I rzeczywiście. Gdy minął okres polowań, przyszła. Odsapnęliśmy.

Żyje. Stała się jednak jeszcze bardziej płochliwa. Na każdy trzask, szelest reaguje ucieczką.

Ile razy jeszcze się spotkamy z naszą wychowanicą? Czasami widujemy ją w towarzystwie innych saren. Całkiem blisko. Nieraz w oddali widać małą gromadkę tych zwierząt. Może jest wśród nich również ta „nasza” – tak ją nazywamy. Nie podchodzimy bliżej, żeby ich nie spłoszyć. Może na wiosnę odwiedzi nas ze swoją rodziną?

Ale nawet jeśli tego nie zrobi, będziemy nadal szczęśliwi, że nie odebraliśmy jej wolności. Nie oswoiliśmy, ulegając ludzkiej

próżności, nie umieściliśmy też w miejscu, gdzie grałaby rolę eksponatu.

To wolne zwierzę. I właśnie to jest cudowne.

Vote it up
593
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!