Felieton o szkole

Dawniej chodziło się do szkoły, żeby zmądrzeć. Teraz trzeba być mądrym, żeby się do szkoły dostać
 

Ogólnie wszyscy mają wygórowane wymagania. Rodzice wobec szkoły, żeby nie tylko uczyła, ale jeszcze wychowywała i pilnowała. Szkoła wobec rodziców, żeby czynnie współpracowali, douczając, sprawdzając, pilnując, korygując i, co najważniejsze, płacąc coraz więcej. Dzieci – żeby w szkole nie było żadnej dyscypliny i obowiązków. Ministerstwo Edukacji – żeby społeczeństwo zrozumiało wreszcie, że na duże i pozytywne zmiany nie ma pieniędzy.

W tym kociołku gotuje się piekielna zupa. W gruncie rzeczy nic się nie zmienia, pomimo komputeryzacji i mniejszej mody na paprotki i mundurki. Duch miejsca nie zmienia się od stuleci. Tablica, kreda, godło państwowe. Wszędzie paskudnie.

Sam budynek – nowoczesny czy muzealny – zawsze ma ciemną szatnię, w której realizują się wszystkie szkolne zbrodnie oraz wiecznie obrażoną szatniarkę z wąsami, na którą zawsze mówiło się familiarnie ciociu – teraz może już mówi się wujku… Nie wiem.
Szkoła zwykle ma także sklep z niezdrową żywnością albo przynajmniej automat z batonikami i colą zamiast stołówki z obiadem, warzywami czy owocami. Do tego jeszcze monitoring zamiast gabinetu lekarskiego, alarm zamiast szkolnego psa, wybetonowane place zabaw zamiast ogrodu, zamknięte boisko dla czempionów zamiast zwykłej huśtawki.

Jest coraz bardziej profesjonalnie, edukacja według wysokich standardów, tyle tylko że wszystko razem w swoim zamknięciu, strachu i niesprawdzonej nowoczesności przypomina raczej zakłady karne o zaostrzonym rygorze, z których nie można uciec aż do końca odsiadywania wyroku, czyli do skończenia 18 lat.
Biedne dzieci! Pod pretekstem, żeby im się nic nie stało, są pilnowane – jakby to one coś złego zrobiły.

Rzeczywiście, w szkole jest o wiele bezpieczniej niż 50 lat temu. Jednak świadomość zagrożeń i społeczne lęki ograniczyły swobodę dzieci, które nie wychodzą już jak dawniej na podwórka. Dawne życie rozrywkowo-towarzyskie w wymiarze osiedlowym nie istnieje i siłą rzeczy przerzucane jest wyłącznie na szkołę. A tam ogranicza się czas wolny do minimum z uwagi na wzrastającą ilość wiedzy do opanowania.

Dzieci całymi dniami siedzą więc zamknięte w domach przed ekranem, który nie tylko służy do odrabiania lekcji, ale również do kontaktów towarzyskich i wirtualnego poczucia przestrzeni i wolności. Do tego coraz bardziej rozbudowywana siatka „niezbędnych” zajęć pozalekcyjnych zabiera resztki ich wolnego czasu.

Nawet w trakcie przemieszczania się z domu do szkoły czy na zajęcia dzieci są odprowadzane i zawożone przez wiecznie zaniepokojonych opiekunów rozglądających się lękliwie w poszukiwaniu strasznych niebezpieczeństw. Nic dziwnego, że wychowywane w ten sposób dzieci, kiedy podrastają, zachowują się jak więźniowie. Mimo wzrastającego dobrobytu wzrasta również agresja, brak autorytetów, samookaleczanie, uzależnienia, czyli „choroby” typowo więzienne.

Budując i organizując nowe, coraz lepsze szkoły, należy pamiętać o wolności. Dzieci muszą się spontanicznie bawić, krzyczeć, śmiać i biegać. Zabawa jest tak samo ważna jak nauka, choćby nie wiem jak psuła nam, dorosłym, nerwy i jak bardzo wydawała się bezsensowna. Taka jest istota zdrowego dzieciństwa. W szkole powinno być przyjemnie, ładnie i wesoło, a nie tylko bezpiecznie i nowocześnie, a dzieci powinny mieć czas i siły na zabawy ze sobą, bez nieustannego korygowania ich „wolnego czasu” przez dorosłych.

Jeśli o tym nie wiecie, to sami idźcie do tej niewesołej szkoły jeszcze raz!

*Katarzyna Lengren jest malarką, scenografką, autorką felietonów i współprowadzącą programy telewzyjne dla kobiet.
 

Vote it up
618
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!