Drzewa pamiętają

Niemi świadkowie historii odsłaniają swoje tajemnice
 

Ludzie odchodzą, drzewa pozostają. Niemi świadkowie historii. Tak wiele mogłyby nam opowiedzieć, gdyby tylko umiały mówić. Dlatego dziś oddajmy głos trzem drzewom. Ich doświadczenia były wyjątkowe.

 

Malował mnie Renoir
Moja dzika natura zaintrygowała Augusta Renoira. Pod srebrną burzą liści mam ciało tancerza. Nie jestem jak te niewysokie drzewa oliwne przycinane z myślą o zbiorach. To żołnierze króla Franciszka I posadzili mnie w tym zakątku Prowansji w przerwach między walkami z wojskami Karola V. Pięć wieków wiatru i słońca nadało mi ten dziki, skręcony kształt, który może być symbolem wszystkiego, co nieujarzmione.

August Renoir nie dopuścił, by moja kraina Les Collettes została sprzedana ogrodnikowi, który chciał wyciąć drzewa, by uprawiać goździki. Nie pozwolił, by pocięto nas na obrączki do serwetek z napisem Pamiątka z Nicei. 28 czerwca 1907 r. uratował mi życie, kupując te trzy hektary na wzgórzach nad Cagnes-sur-Mer. Miał 66 lat i chód starego człowieka. Synowie przynosili go tu, aby posiedział ze sztalugami u mych korzeni. Podśpiewywał przy pracy. Kiedyś usłyszałem, jak narzeka na mnie do swego marszanda Ambroise Vollarda.

– Drzewa oliwne są okropne do malowania – marudził. – To tu bardzo zalazło mi za skórę. Ma tyle barw, nic z szarości. I te maluśkie listeczki! Ile się nad nimi napociłem! Jeden pod- much wiatru i ich odcień się zmienia.

August skarżył się na mnie, ale byliśmy jak bracia. Jego zdeformowane przez reumatyzm palce przypominały moje gałęzie – wysuszone, sękate. Na płótnie przedstawiał mnie z tą samą nasyconą lśnieniami zmysłowością, którą nadawał aktom. Jeśli przyjedziesz dziś do Les Collettes, zobaczysz, że nie zapomniałem ani chwili z czasu spędzonego z Renoirem, człowiekiem, który zamienił drzewo w dzieło sztuki!”.

August Renoir był już uznanym malarzem, gdy sprowadził się do Les Collettes. Mieszkał tu 11 lat z żoną Aline i trzema synami. Nigdy nie próbował okiełznać tutejszej przyrody.

 

Widziałem, jak umiera John Lennon
Jestem drzewem ulicy, miłorzębem stojącym niby paparazzi pośród asfaltu w eleganckiej części miasta. Dorastałem w Nowym Jorku, na skraju Central Parku, naprzeciw budynku Dakota, domu wielu gwiazd. Judy Garland, Leonard Bernstein, Rudolf Nuriejew, Lauren Bacall i, oczywiście, John Lennon, wszyscy mieszkali w tym neogotyckim budynku. I wszystkich  pamiętam. Nie tylko należę do najstarszego na świecie gatunku drzew (270 mln lat zleciało w okamgnieniu!) i przetrwałem wszystkie kataklizmy, ale słynę z tego, że potrafię poprawiać pamięć. W każdym razie na pewno mogę opowiedzieć Wam, co wydarzyło się 8 grudnia 1980 r., tak jakby to było wczoraj.

Późnym popołudniem zauważyłem tego młodego człowieka czekającego na Lennona i Yoko Ono. John dał mu autograf na albumie, który tamten mu podsunął. Potem wsiadł z żoną do auta. Jego fan Mark Chapman nie odszedł. Kiedy John i Yoko wrócili około 22.50, Chapman czaił się w bramie Dakoty. Wyjął rewolwer i strzelił pięć razy. Lennon upadł przed portiernią. A Chapman usiadł na chodniku i czekał na policję. Kiedy portier krzyknął:

– Czy wiesz, co zrobiłeś?
– Tak, właśnie zabiłem Johna Lennona – odpowiedział.

Zrobił to z zimną krwią, ten morderca. No, ze mną nie poszłoby mu tak łatwo. Daję sobie radę z zanieczyszczonym środowiskiem w mieście, należę do tej samej rodziny co drzewo, które wypuściło listki w Hiroszimie po wybuchu bomby atomowej i mogę żyć i z tysiąc lat. Wiele jeszcze zobaczę, nim nadejdzie mój koniec.

 

Przeżyłem piekło Auschwitz
Każdy stolarz powie Wam, że moje drewno jest twarde. Jestem jednym z tych drzew, które można porąbać, ale nie poddaję się łatwo. I się nie rozpadłem. Jestem odpornym polskim dębem nawykłym do ciężkich zim. Pech chciał, że rosłem na drodze do baraków polskiego wojska.

Po napaści Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 r. myślałem, że one opustoszeją. Myliłem się. 1 maja 1940 r. przed świtem zobaczyłem, jak przybywa tu komendant Rudolf Hess w asyście SS. Miał minę zadowolonego zwycięzcy. Jego szeroki uśmiech zmroził mi soki. Niespełna dwa miesiące później pod moimi gałęziami przeszły pierwsze ofiary: 728 Polaków, więźniów politycznych.

Napływali kolejni więźniowie, głównie Żydzi, z różnych stron Europy. Juden! Nigdy wcześniej nie słyszałem tego słowa. I nie słyszałem muzyki Johanna Straussa. Co rano najbardziej sprawni fizycznie więźniowie maszerowali przy wtórze orkiestry złożonej z towarzyszy niedoli zmuszanych do grania wesołych melodii. Wieczorami, przy dźwiękach walca znad modrego Dunaju, wracali wyczerpani, niosąc zmarłych kolegów z komanda.

Moja kora ma właściwości lecznicze, ściągające, ale na co by się to zdało? Długo wdychałem szary dym z krematoriów. Od tamtej pory żyję na ziemi pełnej prochów 1,1 mln ludzi. Choć jestem twardy, to jestem też jedynym drzewem, które kiedykolwiek marzyło o ucieczce. Gdy wreszcie padnę, nie bierzcie mego drewna na trumny. Boję się, że już jestem trumną.   

Vote it up
458
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!