Droga do innego świata

Meng-Lin Chou przybliża mieszkańcom Zurychu sztukę picia herbaty

Rozkoszowanie się herbatą samo w sobie nie służy żadnemu celowi. W zasadzie herbata tylko wzmaga apetyt – mówi z uśmiechem Meng-Lin Chou i eleganckim gestem nalewa do naszych płaskich ceramicznych czarek złocisty napar. – Ale, jak mawiał mój dziadek, czyż właśnie nie to, co 
bezcelowe, czyni życie pięknym?

Jej herbaciarnia o nazwie Shui Tang – co znaczy mniej więcej „miejsce pięknej wody” – znajduje się w sercu starego miasta w Zurychu. W to ponure listopadowe popołudnie wydaje się mi się, że czas 
stanął tu w miejscu. Lokal Meng-Lin Chou, w którym torebki herbaty rozłożone są na masywnych meblach z drewna brzoskwiniowego, jest oazą spokoju wśród miejskiego gwaru.

– Uważamy, że herbata daje dostęp do innego świata – wyjaśnia 44-letnia Tajwanka.

Swój sklep z rzadkimi gatunkami herbaty z Chin, Japonii i Tajwanu otworzyła przed 4 laty. Stworzyła w ten sposób miejsce spotkań, 
co od lat było jej marzeniem.

– Na Tajwanie to, co tutaj robimy, nazywamy nie ceremonią, tylko spotkaniem przy herbacie – tłumaczy.

Meng-Lin Chou od dziecka miała kontakt z herbacianym rytuałem gongfu cha, który na Tajwanie odprawia się w rodzinie przy każdej towarzyskiej okazji. W wieku 20 lat, 
podobnie jak jej rodzeństwo, uległa woli rodziców i wyjechała na studia 
do Europy.

– Mieliśmy poznać świat – opowiada.

Najpierw była w Anglii, potem przeprowadziła się do Niemiec, gdzie w Konstancji studiowała socjologię i germanistykę. Zakochała się w Niemcu, ale jej bliscy odrzucili ten związek. Wróciła więc do domu 
i założyła rodzinę z mężem z Azji.

Chciała się usamodzielnić. Pod koniec lat 90. zaczęła brać lekcje 
japońskiego ceremoniału picia herbaty u mistrzyni ze szkoły Urasenke.

A to, że zajęła się handlem, 
zawdzięcza szczęśliwemu przypadkowi. Otóż przez znajomego 
poznała właściciela pijalni herbaty w Bernie.

– Długo rozmawialiśmy o wspólnych ulubionych odmianach, aż zapytał, czy nie chciałabym zająć się dostawą herbaty dla niego.

Od kiedy Meng-Lin Chou ma własną firmę, dziwi ją przede wszystkim jedno: większość jej klientów 
to mężczyźni.

– Czasem do sklepu przychodzi kobieta z torebką za 1000 franków, i uznaje, że 120 franków 
za rzadki gatunek herbaty z 800-letniego drzewa 
to zbyt wygórowana cena.

Poza tym Meng-Lin Chou nie ma większych kłopotów z mentalnością niemieckojęzycznych Szwajcarów.

– Jest raczej odwrotnie – mówi. – To ja nie pasuję do panującego w zachodniej kulturze wyobrażenia grzecznej i uległej Azjatki.

Gdy ktoś przychodzi do niej 
na degustację albo naukę tradycyjnego sposobu parzenia herbaty, musi być gotów, że usłyszy coś o sobie.

– Przy stole należy siedzieć prosto, a proste plecy są wyrazem pewnej postawy wewnętrznej – tłumaczy Meng-Lin Chou i powołuje się na założyciela szkoły Urasenke, który żył w XVI w. – Tylko czasem, kiedy ktoś naprawdę za bardzo się spina, mówię: „Spokojnie, wielki mistrz herbaty od dawna nie żyje”.

I w nabożnej ciszy herbaciarni rozbrzmiewa nagle jej dźwięczny śmiech.

Vote it up
373
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!