Domowa terapeutka

Mam żywy dowód, że miał rację wielki Leonardo, mówiąc: Najmarniejszy kot jest arcydziełem
 

Tego się po mężu nie spodziewałam! Powiedział „tak”! Zgodził się na kota w domu.Odkąd się pobraliśmy, marzyłam o kocie, ale przy zdecydowanym braku akceptacji męża było to marzenie ściętej głowy.

Kocham koty. Podobnie jak wielki Leonardo da Vinci, uważam, że najmarniejszy kot jest arcydziełem. Porusza mnie inteligencja tych zwierząt, ich upór, duma, zamiłowanie do samotności i modelowa wręcz asertywność. Intryguje niezależność i skrywane tajemnice.

Koty towarzyszyły mi od dzieciństwa. W dorosłym życiu musiałam się z nimi rozstać. Mąż, syn, dom w dużym mieście, praca wymagająca dużego zaangażowania – nawet nie miałam odwagi, by głośno pomarzyć o kocie.

Półtora roku temu znajoma pokazała mi zdjęcie czarno-białego malucha, w którym się zakochałam. A że w tym w samym okresie spotkałam kilka oddanych „kocich mam”, które swymi opowieściami przekonały mnie, że warto powalczyć, więc tym razem nie dałam za wygraną.

Najwyraźniej pod wrażeniem mojej determinacji mąż – choć niechętnie – wyraził zgodę. Od razu jednak zaznaczył, że nie będą go dotyczyły żadne obowiązki związane z posiadaniem kota.

Natomiast nasz nastoletni syn nie potrafił ukryć podniecenia zarówno, – jak sądzę – moim zwycięstwem, jak i perspektywą pojawienia się kota w domu. Starał się zachować dystans.

Oczywiście miałam wątpliwości, czy kot to dobry pomysł w tym akurat momencie naszego życia, tym bardziej że moja praca była
bardzo absorbująca. Na dodatek kotek okazał się kotką ze wszystkimi właściwymi jej „przypadłościami” w postaci rujek, „babskich” humorów i perspektywą sterylizacji.

Jednak słowo się rzekło. Jedynie wybrane dla kotki imię Tsumi (od tsunami) wyrażało wybuchową mieszankę wszystkich dręczących mnie obaw i wątpliwości pomieszanych z niewątpliwą radością.

Pewnego styczniowego wieczoru niosłam Tsumi do domu. Przytulając do siebie małe drżące futerko, czułam mocno bijące serce. Próbowałam rozpoznać własne uczucia, wśród których niepokój i wątpliwości zdominowała teraz tkliwość i chęć zaopiekowania się tym zabranym właśnie z jego dotychczasowego świata stworkiem.

W domu delikatnie wyjęłam kotkę spod płaszcza. Małe, chude, wystraszone kocię z potarganą sierścią przycupnęło przy moich nogach i rozglądało się lękliwie dookoła, by po chwili ruszyć na obchód mieszkania, unikając jak ognia chętnych do głaskania dłoni. Oczywiście moich i syna, bo mąż ostentacyjnie śledził w telewizji znane sobie na pamięć poczynania Mad Maxa.

Po kilkunastu minutach Tsumi wskoczyła na fotel obok pana domu i najwyraźniej bardzo zadowolona, że znalazła bezpieczne miejsce, zapadła w spokojną drzemkę. Zdumienie odebrało nam mowę. Niemożliwe, aby tak mały kot kierował się intuicją i próbował w ten sposób zaskarbić sobie względy osoby najmniej mu przyjaznej w nowym domu. A może możliwe?

Pierwsza noc minęła w miarę spokojnie, ale za to rano Tsumi dostała kociego bzika. Kursowała z prędkością światła pomiędzy parapetami, obserwując z podnieceniem przelatujące chmary ptaków. Przez chwilę widzieliśmy ją na stole, gdzie dokonywała odkrywki w doniczce ze storczykiem, aby zaraz potem biegać po półkach z książkami i pamiątkami z podróży. Upadł mit o cicho przemieszczających się kotach.

Tsumi poruszała się z gracją dobrze odżywionej krowy i robiła przy tym mnóstwo hałasu. Do tego wydawała niezwykłe dźwięki przypominające ciche warczenie i kojarzące się z odgłosami wydawanymi przez stworki z filmu Critters.

Syn był zachwycony, a mąż obserwował cały ten cyrk oczami okrągłymi ze zdumienia, nadal konsekwentnie unikając bliskiego kontaktu z „obcym”.

Jednym słowem oto nadeszło moje tsunami i dom pełen był kota, a mnie serce rosło.Musiałam iść na długo do pracy i zostawić kotkę pod opieką męża.

Najwyraźniej dobrze im to zrobiło, bo wkrótce zaczęłam dostawać fotki, a na każdej z nich kocię na kolanach pana. Czułam przez skórę, że przełom jest bliski i tak rzeczywiście się stało. Tsumi właśnie tego dnia nieodwracalnie podbiła serce nieprzejednanego przeciwnika kotów.

Tsumi właśnie kończy 15 miesięcy, Jest śliczną puchatą, bardzo niezależną kotką o niezwykłej intuicji i wyczuciu chwili. Jest dobrym duchem naszego domu. Uczy nas kociej miłości, cierpliwości, tolerancji, daje po łapach, kiedy zasłużymy i czasem jeszcze zawstydza, choć niewątpliwie nieźle nas sobie
wychowała.

Każdego dnia zadziwia nas, przeistaczając się w jednej chwili z rozbrykanego, gruchającego i świergoczącego (tak, tak!) kłębka czarno-białego futerka przemieszczającego się jak torpeda i polującego na muchy i nasze nogi w prawdziwego domowego terapeutę, który swoim mruczeniem potrafi poprawić najgorszy nawet nastrój.

Zapewniam, że taki koci terapeuta to wielki skarb szczególnie na czasy kryzysu, bo jak mawiał Albert Schweitzer, niemiecki teolog,
filozof, organista, muzykolog i lekarz: Istnieją dwa sposoby ucieczki od prozy życia: muzyka i koty.

Najbardziej lubię, kiedy Tsumi przechadza się, krygując, pozornie zupełnie mną niezainteresowana. I nagle rozpędza się nieoczekiwanie, by przebiec pół mieszkania i warcząc w charakterystyczny dla siebie sposób, wskoczyć mi na kolana, jakby z ciężkim westchnieniem chciała zakomunikować: „Cóż mogę poradzić na to, że cię lubię? Ale i tak nie wyobrażaj sobie za dużo...”.

Trochę wstyd się przyznać, ale przy jej niezależności i dystansie do reszty świata czuję się wtedy naprawdę ważna. Wszystko wskazuje na to, że obecny rok będzie dla nas rokiem kota, a zapewne nawet dwóch. Lada dzień bowiem pojawi się w naszym domu Simon – czarny jak pantera 6-miesięczny kotek, którego ktoś porzucił, a my zdecydowaliśmy się adoptować go z domu przejściowego.

Tym razem to ja byłam w rodzinie tą osobą, która najdłużej się opierała i miała wątpliwości, czy aby z technicznego (i tylko tego) punktu widzenia kolejny kot to naprawdę dobry pomysł na kryzys i związane z nim ograniczenia. Ale przecież w ciężkich czasach dwóch domowych terapeutów to nie jest przesada?

Vote it up
425
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!