Czasem sobie żartuję

Maria Czubaszek wprawdzie nie wierzy w istnienie raju, ale zdradza, jaki być powinien, gdyby jednak był

 

Głośno mówi, że pisać nie znosi, ale jest jedną z najbardziej płodnych autorek w Polsce. Jak mówi sama o sobie, jest „autorką rozrywkową”. Maria Czubaszek – felietonistka, satyryk, scenarzystka i pisarka – stworzyła tak znane słuchowiska jak Dym z papierosa czy Serwus, jestem nerwus, współtworzyła niezapomniany radiowy „Ilustrowany Tygodnik Rozrywkowy”. Napisała teksty wielu piosenek, które nuciła cała Polska (Rycz, mała, rycz czy Wyszłam za mąż – zaraz wracam). Od roku ma nowych wielbicieli jako komentatorka satyryczno-politycznego Szkła kontaktowego w TVN24.

Właśnie ukazała się książka „Każdy szczyt ma swój Czubaszek“ – to wywiad rzeka, którą przeprowadził z nią przyjaciel – satyryk Artur Andrus. Więc (choć mówi, że tego nie lubi) biega z jednego spotkania z czytelnikami na drugie. Dla nas znalazła chwilę na rozmowę przy kawie. W kawiarnianym ogródku jest zimno jak diabli, ale tylko tam można zaciągnąć się papierosem, a Maria Czubaszek – co ogłosiła publicznie – podjęła noworoczne zobowiązanie, że nie przestanie palić. Jest może niekonwencjonalna, ale za to konsekwentna.

Reader’s Digest: Pani Mario, obchodzi Pani Dzień Kobiet? W ubiegłym roku podczas spotkania we Wrześni zorganizowanego właśnie z tej okazji powiedziała Pani, że „Dzień Kobiet powinien trwać cały rok”. Żartowała Pani?

Maria Czubaszek: Nie żartowałam. Jesteśmy tego warte. Powiem więcej. Cały rok powinien trwać również Dzień Mężczyzn. Bo oni też są tego warci. A w ogóle to warto, żeby wszyscy wszystkim okazywali więcej sympatii na co dzień, żeby byli dla siebie milsi. Życie byłoby wtedy bardziej znośne.

RD: Mówi Pani o sobie, że jest mało kobieca, a miłość jest przereklamowana. W książce napisanej z Arturem Andrusem twierdzi Pani, że miłość istnieje, ale głównie własna. Kochamy kogoś, kiedy nam jest z nim dobrze, chcemy z nim być, bo wydaje się nam, że z nim jest nam lepiej niż bez niego. Bez męża, Wojciecha Karolaka, byłoby Pani gorzej?

M.Cz: Tak mi się wydaje. Czasami.
A czasami wprost przeciwnie.

RD: Długo jesteście małżeństwem?

M.Cz: Jakieś 30 lat... Dokładnie nie pamiętam, a papierek z Urzędu Stanu Cywilnego zgubiłam. Z pierwszym mężem, Czubaszkiem, rozwiodłam się w 1969 roku. Wiem, bo zachował się pozew rozwodowy z uzasadnieniem: Pożycie stron nie układało się dobrze już w niedługi czas po ślubie, a to z powodu różnicy charakterów, a następnie wygaśnięcia uczuć. Więc ślub z Karolakiem musiałam wziąć później. Dużo później, bo po tym pierwszym, nieudanym małżeństwie bardzo długo nie ciągnęło mnie do stałego związku. Szczerze mówiąc, choć często powtarzam, że prawdziwej miłości nie zaszkodzi nawet małżeństwo, nie jestem fanatyczką tej instytucji.

RD: Jest Pani przeciwniczką małżeństw?

M.Cz: Jestem zwolenniczką dobrych małżeństw. A świadectwo ślubu, czy cywilnego, czy kościelnego, czy nawet obydwu, takiego małżeństwa nie gwarantuje. Żeby związek (niekoniecznie formalny) był dobry, moim zdaniem, partnerzy muszą się lubić i szanować, muszą mieć o czym ze sobą rozmawiać i o co się kłócić. Dobrze, kiedy oboje są również samodzielni finansowo.

RD: Pani mąż jest?

M.Cz: Bez przepychu. Nad czym bardziej boleje niż ja. Niestety. Jest muzykiem jazzowym, a nie członkiem zespołu Bajm czy Feel. Zarabia więc głównie po to, żeby móc pracować. Bo do pracy potrzebuje wielu instrumentów (gra w różnych zespołach) i dużego samochodu, żeby się z tym „koksem” przemieszczać. Można powiedzieć, że „zjada własny ogon”. Ale lepsze to, niż rzucić granie, siedzieć w domu i robić na drutach, na których zresztą robić nie umie. Ma to po mnie. Natomiast po latach pracy w Szwecji ma swoje ukochane organy Hammonda, na których grał po powrocie do kraju, zdobywając tytuł najlepszego polskiego organisty. Ale to było za czasów komuny. Kiedy miał zapewniony środek transportu i ludzi do pomocy. Bo jego Hammond B36 waży 180 kg. Od czasów transformacji, gdy muzyk musi dotrzeć na miejsce grania własnym sumptem, organy stoją w garażu znajomego męża pod Warszawą.

RD: Nie korciło Pani nigdy, żeby mieć taki domek, w którym się wszystko zmieści?

M.Cz: Nigdy. Nie korci mnie, żeby mieć wszystko. Wprost przeciwnie. Minimum przedmiotów. Dlatego całe życie chciałam mieszkać w hotelu. Posprzątane, posłane, kawiarnia i restauracja na miejscu.Kiedyś mieszkałam w 26-metrowym mieszkaniu na Ścianie Wschodniej w Warszawie. Miałam rozkładaną wersalkę, szklany stolik i dwa fotele. No i, oczywiście, telewizor. I w tym małym mieszkanku miałam przestrzeń!

Jak Karolak pierwszy raz mnie odwiedził, to myślał, że się dopiero wprowadziłam, a ja tam mieszkałam 6 lat. Teraz mamy mieszkanie 100-metrowe i nie można przejść, bo mój mąż nic nie wyrzuca, a wszystko gromadzi. Nawet stołu nie mamy, zresztą po co nam stół, skoro wspólnie nie jadamy? Każde je wtedy, kiedy jest głodne.

Czyli najczęściej przed położeniem się. A kładziemy się w różnych porach. Ja najczęściej koło 2 w nocy, a Karolak koło 10 rano. W normalnych godzinach jada tylko nasz pies. I tylko on ma gotowane.

Vote it up
444
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!