Chrońmy nasze dzieci

Nacisk opinii publicznej odniósł skutek w Wielkiej Brytanii. Dlaczego nie w pozostałej części Europy?

Emily* była wstrząśnięta i przerażona, gdy jej najlepsza przyjaciółka Julia wyznała, że cudem uniknęła porwania przez kogoś, kogo poznała w internecie

Julia, 12-latka z Kent w Anglii, trzy miesiące czatowała w sieci z kimś, kto miał, jak sądziła, 14 lat. Niepewna swej seksualności, rozważała, czy jest raczej homo- czy heteroseksualna. Jak to nastolatka szukała pomocy w internecie – i znalazła zrozumienie u koleżanki, która przedstawiła się jako Samantha.

Umówiły się w realu. Julia czekała nerwowo przez godzinę. Chciała już odejść, gdy podjechał pan, który obserwował ją z zaparkowanego auta.

– To ty miałaś się tu spotkać z moją córką? Pokłóciliśmy się i gdzieś pobiegła. Wsiądź, to jej poszukamy.
Julia, mimo swojego przygnębienia, wyczuła zagrożenie. Zawahała się. Mężczyzna pociągnął ją za rękę, ale zdołała się wyrwać i uciekła.

Przestraszona i pełna wstydu zwierzyła się tylko Emily, która zrozumiała, że nie wolno tego tak zostawić – i zrobiła mądrą rzecz. Kliknęła w Internet Safety, czyli przycisk bezpieczeństwa w sieci.

Funkcjonująca w Wielkiej Brytanii czerwona ikonka, widoczna na stronie czatowej Emily, pozwoliła na natychmiastowe połączenie z policją. Prośba o pomoc trafiła do londyńskiej centrali agencji CEOP – Child Exploitation and Online Protection – chroniącej dzieci przed wykorzystywaniem i zagrożeniami w sieci. E-mail Emily zakwalifikowano jako zgłoszenie „1 stopnia”, czyli dziecko może być „bezpośrednio zagrożone”. Analityk CEOP wysłał od razu raport do policji w Kent.

Julia zapamiętała markę i model samochodu mężczyzny. Mieli także fragment adresu znalezionego w jednej z jej rozmów na czacie z Samanthą.

Ślad prowadził do 45-latka z Hertfordshire notowanego za przestępstwa seksualne. Nie minęła nawet doba i policja wpadła do jego mieszkania. Znaleziono masę komputerów, pornograficzne zdjęcia dzieci, prezerwatywy – i nóż.

Mężczyzna czatował z 30 dziewczynkami, podając, że ma 14 lat. Policja odkryła też list, który napisał, by szantażować Julię. Powiem wszystkim, że jesteś lesbijką, jeśli komuś zdradzisz, co zrobiłem – ostrzegał.

Dostał 4,5 roku więzienia. Julia była bezpieczna. Podobnie jak pozostałe 29 potencjalnych ofiar.

Niestety poza Wielką Brytanią żaden kraj ani firma internetowa w Europie nie wprowadziły znormalizowanego alarmu dla nieletnich, którzy znajdą się w niebezpiecznej sytuacji.

– Argumenty za przyjęciem czegoś podobnego są oczywiste i nie do odparcia – mówi John Carr z European NGO Alliance for Child Safety Online, sojuszu europejskich organizacji pozarządowych działających na rzecz bezpieczeństwa dzieci w internecie, specjalny doradca ONZ.

Są telefony, przyciski alarmowe w metrze, na autostradach, w wielu miejscach publicznych. Czemu nie ma ich w internecie, największym w świecie placu zabaw XXI wieku?

– Marzy mi się przycisk bezpieczeństwa obejmujący całą Europę. To żadna filozofia. Trzeba to podchwycić i rozwijać – mówi Jim Gamble, były szef CEOP, który przyczynił się do wprowadzenia tego rozwiązania.

Przez lata kierował jednostką zwalczania terroryzmu w Irlandii Północnej. Równie zdecydowane, ale kreatywne podejście miał do walki z napastującymi dzieci, szefując CEOP w latach 2006–2010.

– W staraniach o bezpieczniejszy internet nie chodzi o liczbę aresztowanych, ale o zapobieganie – stwierdził. – O to, by jak najwięcej młodych ludzi miało odpowiednią wiedzę i możliwość obrony.

Przycisk bezpieczeństwa jest według Gamble’a kluczowy dla tej strategii. Tylko w 2010 roku CEOP otrzymało ponad 6 tysięcy zgłoszeń – z czego ponad 400 dotyczyło nakłaniania dziecka do aktu seksualnego, dalsze 135 – prób umówienia się w realu. Przeciętny alarmujący ma 11–16 lat, ale były wezwania pomocy nawet od 6-latków.

Vote it up
1264
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!