Anioł zapomnianych

Doktor Liza, rosyjska lekarka, od 20 lat pomaga bezdomnym i nieuleczalnie chorym
 

Doktor Liza za własne pieniądze uruchomiła prywatną „karetkę”. Wynajęła samochód, zatrudniła do pomocy onkologa i zaczęła jeździć na wizyty do nieuleczalnie chorych pacjentów. Czasem wystarczyło pójść z nimi na spacer, wysłuchać ich czy dać im coś dobrego do zjedzenia. Uczyła też rodziny chorych, jak należy się nimi opiekować.

Jednak nie mogła pomóc wszystkim. Na Ukrainie na tysiąc chorych przypadało trzech pacjentów przykutych do łóżka. Wielu potrzebowało opieki w hospicjum.

Po długich negocjacjach Doktor Liza przekonała głównego kijowskiego onkologa, by przeznaczył na hospicjum część szpitala onkologicznego. Połowę kosztów pokrył mąż lekarki, drugą rząd. Po trzech miesiącach powstało miejsce dla 25 chorych, a następnie – dzięki akcji w mediach i datkom – hospicjum rozrosło się do dziesięciu sal.

W tym samym czasie Glince udało się przekonać władze Kijowa, by sfinansowały budowę dwupiętrowego hospicjum. Otwarto je w 2001 r., choć prace trwały jeszcze trzy lata. Po pewnym czasie personel liczył już nie 15, a 45 lekarzy, a także wielu pracowników pomagających chorym i ich rodzinom w domu. Państwo opłacało ich pensje, a leki, sprzęt i pozostałe niezbędne wyposażenie kupowano z darowizn. Wreszcie w 2007 r. Doktor Liza wraz z rodziną wróciła do Moskwy.

Były tam hospicja, ale tylko dla umierających na nowotwór. Wielu innych chorych, między innymi z wyniszczającymi zaburzeniami neurologicznymi, takimi jak stwardnienie rozsiane, umierało w domu bez właściwej opieki.

Postanowiła założyć hospicjum dla chorych neurologicznie. A że nie udało jej się zdobyć dotacji rządowych, założyła fundację Sprawiedliwa Pomoc, by opiekować się nieuleczalnie chorymi oraz bezdomnymi, którzy rozpaczliwie potrzebowali pomocy lekarzy. Zebrała datki, a także bandaże, leki, mydło, pieluchy oraz ubrania i otworzyła klinikę w dwupokojowym biurze w piwnicy przy ulicy Piatnickiej w centrum Moskwy.

Przez pięć lat Doktor Liza wciąż musiała odkładać założenie hospicjum. Jednak w biurach jej fundacji telefony dzwonią bez przerwy. Na dyżurze są trzy sekretarki, kierowca i ochroniarz, a także wolontariusze, którzy odbierają telefony i pomagają jej podczas wizyt u pacjentów.

Aby promować działalność fundacji, lekarka założyła blog (doctor_liza.livejournal.com), na którym opisuje tragiczne historie pacjentów. Wspomina młodego mężczyznę chorego psychicznie, który błagał ją, by była przy nim do końca. Tuż przed śmiercią przykrył się kocem, który – jak mówił – chronił go przed złem. Spytała, czy może położyć się obok niego. Ostatnie jego słowa brzmiały: „Wpuszczę cię pod koc, bo mnie kochasz i mi wierzysz”.
Później Glinka napisała na blogu: Im dłużej żyję, tym częściej pytam: „Dlaczego? Po co?” Jest wiele rzeczy, których nie potrafimy zrozumieć. Możemy je tylko zaakceptować.

Nie wszystkim jednak podoba się, że Doktor Liza pomaga bezdomnym. Kiedy przyjeżdża do nich na Dworzec Pawelecki, policja i przechodnie patrzą na nią nieprzychylnym okiem. Dostaje także e-maile z pogróżkami.

Ale to wszystko nie powstrzyma jej przed robieniem tego, co uważa za słuszne. Chce otworzyć w Moskwie przynajmniej dwa ośrodki, w których na opiekę medyczną i posiłek będą mogli liczyć wszyscy bezdomni – również ci bez paszportu, którym pomocy odmawiają istniejące schroniska.

Kiedy kierowca wiezie Doktor Lizę do kolejnego umierającego, ona wymienia z mężem SMS-y. Regularnie lata do Stanów, gdzie uczy się jej syn (drugi studiuje w Moskwie). Ma też kilkunastoletniego adoptowanego syna, którego matka była jej pacjentką.

Jeden z wpisów na blogu Glinki brzmi: Wrzesień. Wkrótce dni staną się o wiele krótsze niż noce. Liście zżółkną, rozkwitną moje ulubione jesienne kwiaty, pojawi się odrobina zadumy, gwiazdy na niebie i światło w oknach domu naprzeciwko. I wszystko, czego pragniemy.

Vote it up
759
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!