Anioł zapomnianych

Doktor Liza, rosyjska lekarka, od 20 lat pomaga bezdomnym i nieuleczalnie chorym
 

Środa to najlepszy dzień tygodnia na Dworcu Paweleckim, jednym z głównych dworców kolejowych w Moskwie. Jednak nie dla podróżnych, lecz mieszkających tu bezdomnych, dla których tego dnia los choć na chwilę staje się bardziej łaskawy.

Latem w środę o godz. 17 niedaleko dworca zatrzymuje się niebieski van. Wysiada z niego szczupła blondynka po czterdziestce w niebieskim lekarskim stroju. To Doktor Liza. Od razu otacza ją kilkadziesiąt bezdomnych osób. Aby przyciągnąć uwagę lekarki, wykrzykują jej imię i pokazują okaleczone ręce, nogi i twarze. Jest tłoczno, głośno, czuć coraz większy fetor.

Jednak w oczach Doktor Lizy nie widać strachu ani obrzydzenia. Sprawnie tamuje krwawienie, nastawia złamane nosy, robi zastrzyki. Kiedy kończy oczyszczać rany i bandażować złamania, wokół niej stoi już około 200 osób. A ona zaczyna rozdawać herbatę w plastikowych kubkach, kanapki z kiełbasą, mydło i szampon przeciw wszom. W utrzymaniu porządku pomagają jej kierowca i ośmiu wolontariuszy. W każdej chwili może bowiem dojść do niebezpiecznej dla wszystkich bójki.

Pomagając bezdomnym, Doktor Liza pyta ich o innych: „Gdzie się podział ten facet z Czeczenii?”, „Skąd przyjechał tamten?”, „Gdzie śpi ten, który niedawno wyszedł z więzienia?”. Załatwia okradzionemu imigrantowi bilet na pociąg, a kombatantowi, który zgubił paszport, radzi, gdzie zrobić zdjęcie do następnego.

Kim jest ten miłosierny anioł? To Jelizawieta Pietrowna Glinka, pochodząca z Moskwy lekarka, założycielka fundacji Sprawiedliwa Pomoc, przewodnicząca fundacji wspierającej hospicja, żona osiągającego sukcesy amerykańskiego prawnika i matka trzech chłopców. Dlaczego zdecydowała się prowadzić takie życie?

– Każdy człowiek ma wybór – wyjaśnia. – Kiedyś pewna zakonnica powiedziała mi, że jałmużna to wolność. Ja jestem wdzięczna za swoją wolność. Wybrałam to, co uważam za słuszne – chociaż takie życie czasem jest bardzo trudne.

Doktor Liza jest córką oficera i lekarki. Zawsze chciała iść w ślady mamy. W 1986 r. skończyła studia na Moskiewskim Uniwersytecie Medycznym im. Mikołaja Pirogowa ze specjalizacją z anestezjologii. W tym samym roku wyszła za mąż za Amerykanina, którego poznała w Moskwie, przeprowadziła się do Stanów i zamieszkała w Cabot w stanie Vermont. Chciała pracować jako specjalista od resuscytacji, ale wizyta w hospicjum zmieniła jej plany. Zobaczyła tam pacjentów otoczonych właściwą opieką, którzy nie cierpieli i nie starali się walczyć z nieuchronnie nadchodzącą śmiercią. Dlaczego nie ma takich miejsc w Rosji? – spytała samą siebie.

Po tej wizycie zapisała się na studia w Amerykańskiej Akademii Medycyny Hospicyjnej i Paliatywnej, gdzie nauczyła się, jak funkcjonują hospicja i jak pomaga się tam nieuleczalnie chorym. Zaczęła pracę w jednym z nich, najpierw jako wolontariuszka, później jako lekarka. I wciąż myślała o otwarciu własnej placówki w Rosji.

W 1999 r. obowiązki zawodowe męża Doktor Lizy zmusiły ją i synów do przeniesienia się do Kijowa, stolicy Ukrainy. To odrodzone państwo było wtedy w trudnym okresie – minęło ledwie kilka lat od upadku ZSRR. W kraju brakowało pieniędzy, więc urzędnicy nie chcieli „marnować” ich na pomoc dla umierających.

Nawet nieuleczalnie chorzy nie mieli pojęcia, czym jest hospicjum. Ci, którzy mieli szczęście, umierali w szpitalu, gdzie dostawali leki przeciwbólowe, inni odchodzili w męczarniach w domu, bez leków.

Vote it up
728
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!