Anioł stróż

Andrej Kiska nie chce zarabiać na filantropii
 

Ktokolwiek coś słyszał o Andreju Kisce w 2005 roku, wiedział dobrze, że to człowiek, który jak na standardy Słowacji zbił wielką fortunę na sprzedaży leasingowej.

Onkolog Monika Grečíková znała przedsiębiorcę od dziecka, ale pracowali w zupełnie innych dziedzinach, kontakty się urwały. Była więc zaskoczona, gdy pewnego dnia wpadł do niej na oddział onkologii bratysławskiego szpitala Dérerova z pytaniem.

– Które z leczonych tu dzieci jest w największej potrzebie?
– A czemu to cię interesuje?– zdziwiła się lekarka o łagodnych szarych oczach.
– Chciałbym zagwarantować mu wszelką możliwą pomoc – wyjaśnił Andrej.

Doktor Grečíková wyjaśniła mu, że wszystkie rodziny chorych dzieci mają ogromne potrzeby – większe, niż można sobie wyobrazić. I nie chodzi tylko o kwestie finansowe.
Biznesmen zamyślony opuścił oddział.

Po roku znów odwiedził gabinet doktor Grečíkovej – tym razem z konkretnym planem i propozycją. Założył fundację Dobry Anioł, która miała zbierać wpłaty od prywatnych darczyńców gotowych co miesiąc zasilać jej konto niewielkimi sumami.

– Pod koniec każdego miesiąca fundacja miała dzielić całą zebraną sumę na równe części i przekazywać je rodzinom dzieci chorych na raka – opowiada doktor Grečíková.
Wszystko odbywało się za pośrednictwem internetu, a fundacja nie pobierała żadnych opłat – ani na pensje, ani na koszty operacyjne. Aby to było możliwe, Kiska pierwszy milion euro wyjął z własnej kieszeni.

– Gdy wyjaśnił mi szczegóły, uwierzyłam mu i uwierzyłam w jego pomysł – wspomina Grečíková.

Była jednym z pierwszych słowackich onkologów i pediatrów współpracujących z Dobrym Aniołem.
Jednak na początku nie wszystko szło gładko.

– Ustalając zasady działania fundacji, zgodziliśmy się, że to nie jej pracownicy będą decydować o tym, komu należy się pomoc. Chcieliśmy dostawać opinie lekarzy, którzy najlepiej znają swoich pacjentów – opowiada Kiska.

We wrześniu 2006 roku razem ze współzałożycielem fundacji Igorem Brossmannem wysłali więc do ponad setki słowackich onkologów listy z ofertą współpracy.

– Dostaliśmy tylko jedną odpowiedź. To nam podcięło skrzydła – wspomina Kiska
Zaczął sam odwiedzać lekarzy. Trafił na mur nieufności.

– Na pewno nie jest pan z firmy farmaceutycznej lub ubezpieczeniowej? – dociekała jedna z osób, z którymi się skontaktował. – Skąd mam wiedzieć, że nie będziecie wciskać pacjentom suplementów albo sprzętu medycznego?

Vote it up
902
Podoba Ci się ten artykuł?Zagłosuj na niego!